Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gruzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 marca 2025

Dziesięć lat minęło w oka mgnieniu...

 

Tak, to już dziesięć lat, jak przyjechaliśmy do Gruzji, aby tu zamieszkać.
 
Jak ten czas szybko leci. Nie ma znaczenia, co i gdzie robisz, czas wciąż zasuwa tak samo.
Co się zmieniło w naszym postrzeganiu Gruzji? Czy to była dobra decyzja? Czy zrobilibyśmy to jeszcze raz znając realia życia w tym kraju? Czy Gruzja nas zmieniła?
Patrząc z perspektywy dekady na życie polskich staruszków w Gruzji, to mogę z przekonaniem powiedzieć, że nie jest źle. A nawet jest lepiej niż się spodziewaliśmy. I nie mam na myśli finansów ani dobrobytu, bo tego tu raczej taki zwykły i skromny biznesmen nie znajdzie. I my nie szukaliśmy. 
 
Z życiem w Gruzji jest trochę tak, jak z wędkowaniem. Jak się nastawisz na dużą rybę, to będziesz wyciągać same uklejki. Wędkowałam, to wiem. Zawsze szłam posiedzieć nad wodą z wędką dla relaksu. I dla tych drgań spławika. To one robiły ten dreszcz emocji. I ta niepewność, co tam pod wodą próbuje zdjąć robaka z haczyka. To była najlepsza zabawa. Bo jak już się rybę złowiło, to było po balu. Ten proces, czekanie, niepewność, nadzieja, to było to, po co szłam z wędką nad wodę. Chwile, które czyściły głowę. 
 
I podobnie jest z życiem tutaj. Trzeba je po prostu przeżywać. To jest coś, czego nauczyliśmy się w Gruzji. Nie czekamy na wielką rybę. Cieszymy się, kiedy nasz „spławik” drga. Kiedy możemy pozwolić sobie na reset, na wsłuchanie się w siebie. Może to brzmi górnolotnie, ale są to drobiazgi potrzebne do przeżywania swego życia. I o to przeżywanie swego życia po swojemu chodzi. Drugiej szansy nie będzie. Myślę, że ta gruzińska swojskość, nieśpieszność, otwartość pozwoliły na danie sobie pozwolenia na życie tu i teraz. Bo jutra może nie być. A to co było, to było, nie wróci, przeszło do historii dzisiaj bez znaczenia. 
 
Gruzja dla nas po dziesięciu latach jest wciąż zaskakująca. Często pozytywnie, czasem negatywnie. Ale to zasługa wdrukowanych schematów, do których byliśmy przyzwyczajeni. Jakby nie kalkulować, to była dobra decyzja. Trochę szalona, ale właściwa. I nawet gdybyśmy wiedzieli to, co wiemy teraz, to spróbowalibyśmy raz jeszcze.
 
Czy Gruzja nas zmieniła? Raczej niekoniecznie. To my sami zmieniliśmy nasz styl życia, postrzeganie innych i świata. Ale życie w Gruzji zdecydowanie miało na to wpływ. 
 
Dziesięć lat w Gruzji wyczyściło nam głowy. Nie tak, żeby zrobiło się w nich pusto, ale wyraźnie nie ma tam kurzu. Czego i Wam wszystkim serdecznie życzymy.
 

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my
 
 

poniedziałek, 18 marca 2024

To już dziewięć lat...

 

Dokładnie dziewięć lat temu 18 marca 2015 roku, tuż po północy, przekroczyliśmy granicę turecko- gruzińską i przywlekliśmy się do Gruzji naszym małym autkiem Toyotą Aygo. Zapakowany samochód był po dach. My po pięciu dniach podróży umęczeni strasznie. Plan był taki, że śpimy w Batumi i potem ruszamy dalej. Ale gdzie tam. Emocje szalały i nawet gdybyśmy się zatrzymali na nocleg, to pewnie i tak ze spania nic by nie było. 

 

To był nasz pierwszy dzień emigracji. A właściwie jeszcze noc. Przejechaliśmy Batumi i po drodze, gdzieś nad Morzem Czarnym zatrzymaliśmy się na kawę. Środek nocy, my wyglądaliśmy jak siedem nieszczęść i chyba jeszcze nie docierało do nas, że to właśnie początek Nowego. Siedzieliśmy przy kawie i jakimś jedzeniu i nawet już się nam nie śpieszyło. W końcu właśnie przyjechaliśmy do siebie. No, trochę kilometrów do siebie było jeszcze przed nami, ale co tam, Gruzja jest malutka. Tu wszędzie jesteś jak u siebie.


Była chyba druga w nocy, kiedy ruszyliśmy dalej. Ja kawy nie pijam, więc ta jedna od wielkiego dzwonu zawsze stawia mnie na nogi. Usiadłam za kierownicę i wio… Do Sighnaghi. Z tej podróży pamiętam wielgachne dziury w drodze. No, masakra. Jechaliśmy wolno, bo samochód nasz koło terenówki nawet nie stał i szkoda byłoby, aby nastał koniec na samym początku. To turlanie się w ciemnościach i lawirowanie między dziurami było bardzo męczące. Po jakimś czasie wjechaliśmy na całkiem niezły kawałek drogi. Tu można było pojechać po ludzku. Ale co z tego, jak się szybko skończyło i znowu droga przez mękę. I przełęcz przed nami. Wszystko w pakiecie- zmęczenie, ciemność i zakręty na średniej jakości drodze.


Na przełęczy wymiękłam. Zjechałam na bok i odpłynęłam na dobre pół godziny. A co tam, nikt nas nie goni. A chcieliśmy dojechać w jednym kawałku. Po pół godzinie obudziło mnie zimno. W końcu to marzec i wysoko, więc nie ma się co dziwić. Dobrze, że śniegu nie było. Ruszyliśmy dalej.


Jak dojechaliśmy do Gori, to już tak jakby było blisko. Bo co tam, zaraz Tbilisi, potem tylko sto kilometrów i będziemy w domu. Na zewnątrz świtało, jazda robiła się w związku z tym całkiem przyjemna. Zawrotnej prędkości nie rozwijaliśmy, bo zmęczenie dawało się we znaki. A droga pusta. Oj, można było poszaleć na tej dwupasmówce.


Mijając Mcchetę skręciliśmy w lewo na obwodnicę Tbilisi. Szumnie nazywana obwodnicą droga miała nam ułatwić przejazd do domu omijając gruzińską metropolię. Teraz już powinno być z górki. Byliśmy coraz bliżej celu. Tak bardzo chciałam już być w Sighnaghi i odpocząć. Doba za kierownicą z malutkimi przerwami, to nieco ponad miarę.


Szło całkiem nieźle. Aż tu nagle… No ja nie mogę… Słyszeliśmy, że ta droga może być mocno dziurawa, ale tego się nie spodziewaliśmy. Asfalt pęknięty na całej szerokości i z tego pęknięcia powstał stopień na wysokość około 40 centymetrów. Może więcej. Stanęliśmy przed tym schodkiem i patrzyliśmy, jak ciężarówki nic sobie z niego nie robiły. No, ale my naszym pryszczem nie mieliśmy szans pokonać tej przeszkody. Chociaż Piotrek rwał się do szukania kamieni i układania ich tak, żebyśmy mogli przejechać. Postukałam się w głowę. Przecież nie wiemy, czy dalej nie ma następnych niespodzianek.


Co było robić? Zawróciliśmy i skierowaliśmy się do Tbilisi. A tak chciałam uniknąć jazdy przez to miasto. Dochodziła dziewiąta. Była jeszcze szansa, że nie będzie dużego ruchu. I tak nie było innej opcji. Mus, to mus. Pojechaliśmy.


A dajcie spokój. Im bliżej stolicy, tym więcej samochodów. Tam gdzie dwa pasy, tam cztery rzędy aut. Na trzech pasach nawet policzyć było trudno. Do tego żadnych drogowskazów. Wiedziałam, że musimy się kierować na lotnisko. Wiedziałam, że musimy jechać wzdłuż rzeki. No, ale rzeka czasem znikała z pola widzenia. I kiedy wykręcać w kierunku lotniska? Bo znaków żadnych, pewnie założono, że każdy głupi trafi, więc po co inwestować w znaki. Nawigacje w telefonach wtedy nie były takie nagminne. Poza tym trzeba by mieć odpowiedni telefon, a my nie mieliśmy.


W końcu na kolejny czerwonym świetle otworzyłam okno i stojącego obok kierowcę zapytałam, jak kierować się na lotnisko. I wiesz co? Gość się uśmiechnął i powiedział:

 

- Jedź za mną. Wyprowadzę cię.

 

Odetchnęłam z ulgą. Jeszcze tylko skupić się i zdążyć za nim, żeby się nie rozjechać w dwie strony. I wyprowadził. Do pierwszego drogowskazu wskazującego kierunek na lotnisko. Przez prawie całe Tbilisi. Podziękowałam klaksonem i dalej powoli wyjechaliśmy na drogę do lotniska, która była jednocześnie drogą do Sighnaghi. Przed celem podróży zboczyliśmy jeszcze na wieś do naszych przyjaciół i w południe przyturlaliśmy się do domu. I myślisz, że poszliśmy spać? Nie, absolutnie nie. Poszliśmy na imprezę, bo znajomy naszych przyjaciół miał urodziny i zaprosił wszystkich do restauracji. Były tańce, dobre jedzenie i dużo śmiechu. Ale jak już po powrocie do domu padliśmy na łóżko, to odcięło nas w jednej sekundzie.


I tak zaczęliśmy naszą emigrację. Z przytupem i przygodami. I jednego i drugiego do dzisiaj nie brakuje. Inaczej życie byłoby nudne. 

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my


 

niedziela, 26 listopada 2023

Solona słonina

    Wczoraj u nas było 20 stopni, słońce grzało całkiem przyzwoicie i jak czytałam, jaka w Polsce zima nastała, to cieszyłam się tą naszą piękną pogodą. Gdzieś tam jednak w zakamarkach świadomości troszkę tęskno za śniegiem, ale nie aż tak bardzo, żeby włosy rwać z głowy z tego powodu. Piotrek nawet powiedział, że mogę sobie w góry pojechać i będę miała zimę, jak się patrzy. No, nie wiem tylko, czy chcę.

    A jak już tak o zimie wspomniałam, to my się na nią szykujemy, a jakże. Bo przezorny zawsze ubezpieczony. Tfuuu… zabezpieczony chciałam napisać. Bo wiesz, Piotrek co jakiś czas, szczególnie jesienią i zimą, mówi mi, aby mu kupić kawałek solonej słoniny. No, wybitnie wschodnie podniebienie u niego. To mu kupuję. Niech sobie chłopak poje. Przecież nie będę mu żałować słoniny. Ale ostatnio zobaczyłam taką piękną świeżą słoninę na straganie, że nie oparłam się i kupiłam dwa kilogramy. Przecież mogę ją pięknie posolić i będzie miał chłop zapas swego ulubionego białego mięska na całą zimę. Bo soloną słoninę kroi się na cieniutkie plasterki. Nie tak, jak szynkę czy inne polędwice. To jest rarytas dla delikatnych podniebień. Trzeba cieniutko, na chlebek, a na górę plaster surowej cebulki. I język ucieka nie powiem gdzie.

    No, to przytargałam do domu tę słoninę i mówię Piotrkowi, że solimy. Jemu się oczy zaświeciły, jak ten Jowisz, co teraz jest w koniunkcji z księżycem w pełni. Od razu zaczął mnie pytaniami zasypywać, a to jaki słoik przynieść z piwnicy, trzylitrowy czy pięciolitrowy, a czy tylko sama sól jest potrzebna, czy może jeszcze coś tam się dodaje, a czy ja w ogóle kiedykolwiek słoninę soliłam. A już tam soliłam. No pewnie, że nie. To będzie mój debiut. A co tu może się nie udać? Udają się potrawy z kilkunastu składników z gotowanie i pieczeniem włącznie, a tu dwa składniki, upchnąć do słoja, postawić w chłodnym miejscu i zapomnieć na miesiąc. No to co się tu może nie udać?

    Oczywiście w domu soli było za mało, to poszłam do sklepu. Kupuję tu sól kamienną bez dodatku antyzbrylacza. Bo bez jodu nie ma szans, ale to akurat jestem w stanie przetrawić. Do morza daleko, śledzie tylko zimą można kupić, to tego jodu może faktycznie trzeba trochę uzupełnić. Zawsze sprawdzam na opakowaniu skład soli, bo pudełka podobne i łatwo się pomylić. Turecka sól jest z dodatkiem agenta od bryłek. Takiej nie chcę. Biorę tę bez agentów specjalnych.

    Słoninę pokroiłam na pasy szerokości mniej więcej na dwa palce. To tak, jak u tego Kargula, co to miedzę zaorał na dwa palce. My ze wschodu chyba już tak mamy. Palce zawsze pod ręką, a miarka niekoniecznie. Sól wysypałam na duży płaski talerz i każdy kawałek słoniny dokładnie obtoczyłam w soli i ułożyłam jeden przy drugim w słoiku. Wyobraź sobie, że dwa kilogramy słoniny zmieściłam w trzylitrowym słoju. Trochę soli jeszcze dosypałam do słoika, zakręciłam i do piwnicy. Jak będę pamiętać, to ze dwa razy w tygodniu potrząsnę słoikiem, żeby się sól równo na słonince rozkładała. I tyle. A do takiej dobroci kieliszek czaczy całkiem nieźle by pasował. I gładko pewnie by wchodził. Jak do nas przyjedziesz, to spróbujesz wykwintnego białego mięska z najwyższej klasy trunkiem. Bo mam w planie co jakiś czas solić słoninę nie tylko dla Piotrka, ale też dla naszych gości. Jak myślisz, dużo będzie chętnych na taki rarytas? 

 


 

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my

 

środa, 15 listopada 2023

Dlaczego nie kolorowo?

 

Dlaczego w Gruzji ludzie ubierają się w ciemne ubrania? Takie pytanie często słyszymy od naszych gości. My też o to pytaliśmy, kiedy byliśmy tu turystycznie. To fakt. Ubierają się w czernie, granaty, ciemne odcienie szarości, brązu czy zieleni. Smutna ulica z czarnymi ludkami. Młodzi, starzy, wszystko w ciemnych barwach. Lato, zima, a na ulicach dominuje czerń. I dżinsy. I dresiki.

Kobietki z długimi włosami, panowie z pokaźnymi brzuszkami. Oczywiście generalizuję, bo są wyjątki. Mam sąsiadkę. Młoda kobieta, tuż po czterdziestce, szczupła, ale cała na czarno. Pytam ją dlaczego? Mówi mi, że tak lubi. Córki nastolatki również na czarno. One też lubią. Czasem jakiś kolor się pojawi, ale dominuje czerń. Latem jeszcze jak cię mogę, ale jesienią i zimą ulice robią się bardzo depresyjne. Do tego zazwyczaj czarne włosy i ciemna karnacja. No, ale o gustach się nie dyskutuje. To i nie dyskutuję. Wypowiadam tylko swoje odczucia.

Zapytałam sąsiadkę dlaczego w Gruzji dominują ciemne kolory. Nie zgadniesz, co mi powiedziała. Szczerze mówiąc też o tym pomyślałam, ale nie bardzo byłam przekonana. Chodzi mianowicie o to, że ciemne kolory ubrań są bardziej praktyczne. A to znaczy, że się tak szybko nie brudzą, jak jasne ubrania. No pewnie! Brudzą się tak samo szybko, tylko tego nie widać. Ot i cała tajemnica. Ponadto taki sposób ubierania się funkcjonuje od pokoleń i jest to trochę przyzwyczajenie. Mężatka ubrana w ciemne ubrania nie zwraca na siebie uwagi. Panowie to inna sprawa. U nich głównie względy praktyczne. I najlepiej duży napis znanej marki na ubraniu.

Mnie taka sytuacja nawet odpowiada. Nie mam konkurencji w lumpeksach. Za to w normalnych sklepach nie ma dla mnie towaru. Bo nie lubię ubierać się na czarno. Co prawda jest trochę kolorów, ale odstrasza mnie wszechobecny poliester.

Ostatnio można zauważyć zmiany. Wolno, ale się zmienia. Pokazują się kolory, szczególnie w dużych miastach. Nawet modowe trendy widać. I dobrze, że coraz więcej koloru. Nie będzie tak smutno i ponuro.

Ja należę do tych ludzi, którzy w swojej szafie nie mają nic czarnego. Tak już mam od kiedy pamiętam. Nie lubię czerni. A Ty jaki kolor ubrań preferujesz? Stosujesz się do trendów, czy masz swoje przyzwyczajenia i cenisz sobie własne podejście do tematu? A swoją drogą, to fajnie, że każdy z nas jest inny. Gdybyśmy byli tacy sami, to byłoby strasznie nudno na świecie.


 

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my


poniedziałek, 13 listopada 2023

Kawa przygotowana przez Piotra

 

Każda pani domu uważa kuchnię za swoje królestwo. No, może nie każda, bo są panowie, którzy świetnie gotują i ich połówki mają super. Mój nie gotuje. Nie żeby nie umiał, ale jak już mu się zdarzy, to jest milion pytań w międzyczasie. Pyta o wszystko. Wie tylko, gdzie jest sól i pieprz. A poza tym, to pyta kiedy co dodać, czym pomieszać i w którą stronę.

Mnie to nie przeszkadza. Niech sobie chłop robi swoje, a ja w kuchni ogarniam sytuację. Czy lubię gotować? A gdzie tam. Wcale nie kocham gotować. Gdybym mogła mieć gosposię od gotowania, to nawet bym się cieszyła. Ale nie mam. To jak nie mam, to muszę sama jedzonko robić. Czasem mam nastrój na gotowanie i wtedy poszaleję w kuchni. A jak się zdarzy dzień, kiedy patrzę na gary wzrokiem pełnym bólu, to wtedy robię coś szybko i prawie bezboleśnie. Ziemniaki, jajko sadzone i mizeria. A że Piotr jajka kocha, to nawet wyrzutów sumienia nie mam i taki obiad jest dość często. No niech się naje tych jajek, jak tak lubi. Czasem się zastanawiam dlaczego on jeszcze nie gdacze. Tyle jaj w diecie, to powinien piać o poranku i gdakać w ciągu dnia.

Na początku naszego mieszkania w Gruzji zdarzyło się, że Piotr zrobił kawę gościom. Taką w tygielku. I tak ludzie chwalili, że sobie pomyślałam, że jeden obowiązek będę miała z głowy. No, bo jak już tak dobrą kawę robi, to niech ją robi wszystkim. Prawda? Nie ma dyskryminowania, że jednym ja, a innym on. Każdy zasługuje na najlepszą kawę, a najlepszą robi Piotr. I powiem Ci, że przy następnych gościach sama zaczęłam chwalić mego męża, że robi pyszną kawę. I biedak nie miał wyjścia. Musiał zrobić. I tak narodziła się nowa świecka tradycja w naszym gruzińskim domu. Fachowcem od parzenia kawy został Piotr. I fakt, robi wyśmienitą kawę.

Jak już przy kawie w wykonaniu mego męża jesteśmy, to tylko jeden szczegół mnie wkurza. I to na maksa. Bo facet, to facet. Jak robi jedną rzecz, to póki jej nie skończy nie powinien zaczynać następnej. A mój małżonek postawi tygielek z kawą na gazie, usiądzie przy stole i zaczyna snuć swoje opowieści z mchu i paproci. A kawa co robi w tym czasie? Tak! Kipi! Wylewa się na świeżo umytą kuchenkę! I rzadko bywa inaczej. Nawet, kiedy przypominam mu o kawie co pół minuty, to i tak czarna maź ląduje na kuchence. Nie mam sposobu na tę sytuację i chyba nie uda mi się już tego zmienić. A może Tobie się uda? Może Ty masz jakiś pomysł? Oczywiście bez zmiany operatora tygielka. Inaczej nie będzie to taka smaczna kawa. Kto pił, ten może powiedzieć. Piotr robi najlepszą kawę w Gruzji. Bezapelacyjnie! I niech tak zostanie.

Resztę ogarniam ja. I domyślam się, że tak jest fajnie dla Piotra. Jak dla mnie z jego parzeniem kawy gościom. Ale on nie wie, że ja to wiem. I nie mów mu, kiedy u nas będziesz. Niech to będzie naszą tajemnicą. Po co chłop ma się zagłębiać w detale. Dobrze jest, jak jest. Goście zadowoleni, my również. Po co to zmieniać? W zamian napijesz się u nas wyśmienitej kawy, posłuchasz opowieści Piotra. A i zabawa będzie dla Ciebie przednia, kiedy usłyszysz znajome skwierczenie na kuchence i zobaczysz minę Piotra. Takie swojskie, ludzkie klimaty. Może nawet go ścierką zdzielę. Tak dla fanu, nie żeby zabić. 

 

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my

niedziela, 15 stycznia 2023

Wino, czacza i problemy

 

    Musisz dobrze przemyśleć swoją podróż do Gruzji. Jest jedna przyczyna tego stanu rzeczy ale jakoś nie mówi się o niej ot tak, na poważnie. Bo i przyczyna raczej mało poważna jest, a skutki już jak najbardziej, łącznie z rozwodem. I taki skutek byłby może nawet niektórym na rękę, ale gwarancji nikt nie da. A może być jeszcze gorzej. No to trzeba się przygotować, nastroić odpowiednio. Z pełną świadomością, a jakże, bo głównie o tę świadomość lub jej utratę tutaj idzie.

    Jak masz słabą silną wolę, to nawet nie myśl o wyjeździe do Gruzji. Bo tu trzeba mieć bardzo silną wolę i być bardzo asertywnym w zderzeniu z falą wina i czaczy, z którą będziesz się musiał zmierzyć. Przetrwają tylko zaprawieni w boju zawodnicy. Ale z drugiej strony przyjeżdżasz tu na urlop, a urlop jest po to, aby się odstresować, odpocząć i dobrze się bawić. Lampka wina jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Lampka wina. Nie pięć litrów na głowę, bo jak głowa słaba, to i urlop będzie słaby. Zabawa i owszem, przednia, szczególnie zawody w piciu z przeróżnych przedmiotów, nawet z dachówki, ale pamięć może zacząć szwankować, żołądek także. Koordynacja zawiedzie. I żona raczej cieszyć się nie będzie, bo tu romantycznie, cykady grają, noc parna i gorąca, a obok zwłoki chrumkające przez sen coś niezrozumiałego.

    W każdym razie Gruzja alkoholem stoi i gości swoich wita serdecznie pojąc namiętnie wybornym rkatsiteli i aromatycznym saperavi. To tutejsze dobro narodowe, a że i w Gruzji czym chata bogata, to gościom trunków wszelakich nie zabraknie. Bo jakże to by wyglądało, gdyby wina zabrakło. Wstyd i hańba. Oczywiście wszystko jest dla ludzi i kiedy sobie poszaleć, jak nie na urlopie? Więc pakuj zapasową wątrobę, bo narząd ten najbardziej się tu przyda. Popijesz, pójdziesz do pokoju, cyk i wymienisz i rano jesteś jak młody bóg.

    Trzeba przyznać, że Gruzini robią dobre wino. Można tu znaleźć prawdziwe rarytasy. Można się tymi smakami delektować. Można się rozsmakować w gruzińskim winie. I warto spróbować, bo tu ono smakuje inaczej. Jakoś tak dobrze. Zresztą, co się tu będę rozpisywać na temat wina, jak ja akurat wina nie lubię. To tak, jakby drwal opowiadał o naprawie zegarków.

    Ale ja nie o tych wszystkich niuansach związanych z degustacją chciałam Ci opowiedzieć. Bo o bukietach i aromatach nie mam pojęcia to i mądrzyć się nie będę. Zresztą tu nie pije się wina na łyczki, tylko na stakany. I jednym machem, jak kompocik wlewa się do gardła ten boski trunek. I ostatnio jeden tak sobie wlewał, radośnie i świątecznie. Pewnie nie jeden, ale ten właśnie bohater po takiej „degustacji” wsiadł ochoczo za kierownicę. Bo przecież wypił tylko kilka stakanów wina. Cóż to takiego? Przecież zjadł i posiedział trochę za stołem. Już mu pewnie wszystko wywietrzało, albo nawet wysikał.

    Wskoczył zatem za kierownicę swego samochodu, a u nas zima. Śnieg, przymrozki, drogi w stanie różnym, najczęściej szaro-buro-śnieżnym z lodem pod spodem. Ale co tam? On przecież nie raz, nie dwa jechał, daleko nie ma, jest wieczór, ruch prawie żaden, jakoś sobie poradzi.

    No i ruszył bohater w drogę do domu. Mrozek mały zaczynał ścinać kałuże na drogach. Przy wyjeździe z Sighnaghi zaś stały trzy dziewczyny. Czekały na okazję. Jedna skończyła właśnie pracę w banku, dwie pozostałe równie już były po pracy. Mieszkały kilkanaście kilometrów od Sighnaghi i często zabierały się z przypadkowymi kierowcami. To bardzo popularny rodzaj przemieszczania się w Gruzji. Ludzie stają przy drodze na wyjeździe, kierowcy bez problemu zatrzymują się i podwożą, jeżeli jest po drodze. Sama nie raz zabierałam takich pasażerów i korzystałam z tej formy przejazdu jako pasażer. Wygodnie i bezpłatnie. Ty pomagasz mnie, ja tobie i jest fajnie.

    Tak też było i tym razem. Dziewczyny czekały na okazję. I doczekały się. Pech chciał, że podjechał nasz bohater, który kilka minut wcześniej wstał od biesiadnego stołu. Zabrał wszystkie panienki i pojechali.

    Śnieg, zakręt, ciemno, ślisko. Kierowca pod wpływem. Mogło być tylko źle. I było. Gorzej niż źle. Dla jednej z dziewczyn była to ostatnia podróż. Dwie walczą o życie. A kierowca? Nawet się nie zadrapał.

    Nawet nie chcę myśleć, co przeżywają rodziny tych dziewczyn. Co przeżywa rodzina tego kierowcy. To nie pierwszy taki wypadek. Jazda pod wpływem alkoholu szczególnie na prowincji jest wciąż na porządku dziennym. Najgorsze jest to, że dzieją się takie rzeczy przy ogólnej akceptacji. Mało tego, rzadko kiedy wspomina się w takich wypadkach, że kierowca był nietrzeźwy, albo młodzieniec jechał naćpany. Dlatego byłam zdziwiona, że o tym wypadku ludzie w Sighnaghi mówili otwarcie, że spowodował go pijany kierowca. Czyżby coś się i w tej kwestii zmieniało? Czyżby powoli świadomość w narodzie się zaczęła budzić? Już nie zamiata się pod dywan?

    Gruzja jest bardzo swojskim krajem. Tu szybko poczujesz się, jak u siebie. Gruzini są otwarci i przyjaźni. Zawsze chcą pomóc, służą radą, gościną czy podwózką. I korzystaj z tego, bo warto. Bo są serdeczni i dobrzy. Niemniej zawsze trzeba umieć ocenić sytuację. Bo to Twój urlop, Twoje życie, Twoja zabawa. Nie ryzykuj jazdy z kierowcą, który wypił. Lepiej nie dojechać na czas niż stracić zdrowie lub życie. Czy te trzy dziewczyny wiedziały, że kierowca jest pijany? Nie wiem. Nikt nie wie. Teraz to i tak nie ma znaczenia.

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my
 

 
 


sobota, 12 marca 2022

Dwie historie. Co je łączy?

 

Dwie historie.

Co łączy bohaterów tych historii?


Historia numer 1.


Etera urodziła się 65 lat temu w ZSRR, w Sighnaghi. Tu chodziła do szkoły, dorastała. Tu poznała swego męża, z którym wyjechała na Ukrainę. Tam urodziła dzieci, tam pracowała, miała przyjaciół. Tam był jej dom.

Po rozpadzie ZSRR musiała się określić jakiego kraju obywatelstwo przyjmie. Naturalnym w takiej sytuacji było to, że cała jej rodzina przyjęła obywatelstwo ukraińskie.

Mąż Etery zmarł, jej córki we Lwowie założyły swoje rodziny. Tam urodziły się wnuki Etery.

Kilka lat temu Etera przyleciała do Gruzji aby opiekować się swoją chorą mamą. W trakcie jej pobytu w Gruzji nastała pandemia. Etera stanęła na rozdrożu. Nie mogła zostawić mamy i nie mogła wrócić na Ukrainę. Mama Etery zmarła w 2021 roku. Etera nie miała już żadnych zobowiązań w Gruzji, ale granice wciąż były zamknięte.

Każdego miesiąca jej córka wysyłała Eterze ukraińską emeryturę. Mała, bo mała, ale na skromne życie wystarczało. Nie wystarczyło jednak na powrót na Ukrainę kiedy granice się otworzyły po pandemii. Etera została więc w Gruzji nielegalnie. Dziwnie to brzmi. Została u siebie, w rodzinnym domu, ale nielegalnie.

Nikogo tu nie dziwiła ta sytuacja, ponieważ takich ludzi, jak Etera jest w Gruzji dużo.

-Jestem Gruzinką z ukraińskim paszportem mówi o sobie Etera. W Gruzji jest mój dom, na Ukrainie są moje dzieci i wnuki- mówi Etera.- Jeżeli będę chciała starać się o obywatelstwo Gruzji, muszę zrezygnować z ukraińskiego. Co mam wybrać?

Z dziećmi widzi się przez internet. Ostatni raz widziała wnuki w realu kilka lat temu. Bardzo tęskni.

Chciała sprzedać dom po mamie i wrócić na Ukrainę, ale pandemia pokrzyżowała plany.

Od dwóch tygodni Etera żyje w ciągłym napięciu. Wojna na Ukrainie złamała ją do końca. Każdego dnia płacze, każdej nocy boi się o swoich bliskich. Niczego nie planuje, bo nie wie, co przyniesie kolejny dzień. Prosiła swoje córki, aby przyleciały z dziećmi do Gruzji, bo ich mężów i tak nie puszczą za granicę. Są w wieku podlegającym mobilizacji. Córki postanowiły nie wyjeżdżać, chcą trwać przy swoich mężach. Etera nie rozumie ich stanowiska, ale nie ma na nic wpływu. Może tylko się modlić, aby wojna skończyła się jak najszybciej.

- Nienawidzę Rosjan, niech nawet się do mnie nie zbliżają, bo nie odpowiadam za to, co zrobię. Życzę im wszystkiego, co najgorsze. Powinni wszyscy zniknąć z powierzchni ziemi- jej słowa są przepełnione żalem, goryczą, nienawiścią do Rosji i Rosjan.

Strach o bliskich, niepewność, czy w kolejnym miesiącu otrzyma emeryturę z kraju ogarniętego wojną, to wszystko odbiera jej chęć do życia, do zawalczenia o siebie, do załatwienia podstawowych spraw.


Historia numer 2


Katia i Borys są Rosjanami. To młodzi ludzie, którzy rok temu postanowili wyjechać w podróż po różnych krajach świata, a fakt, że pracowali zdalnie, umożliwiał im spełnienie tego marzenia.

Zapakowali się w swój samochód i ruszyli w świat.

We wrześniu ubiegłego roku trafili do Gruzji. Ten kraj tak bardzo im się spodobał, że postanowili tu zostać dłużej, a w międzyczasie robili wypady do Armenii.

Ponieważ do Gruzji przyjeżdża dużo turystów, a Katia i Borys mają dużo znajomych, więc spróbowali dorobić sobie organizując pobyt dla grup z Rosji w Gruzji lub Armenii.

Katia zaplanowała sobie, że na początku marca poleci do rodzinnego miasta, do mamy, której nie widziała od roku. Przy okazji chciała też spotkać się z dziadkami.

Oczywiście obydwoje z Borysem śledzili sytuację w swojej ojczyźnie i na świcie. Niestety 24 lutego zaczęła się wojna na Ukrainie. Potem szybko wprowadzono w Rosji przeróżne przepisy, według których każdy obywatel przeciwny wojnie miał być karany pozbawieniem wolności.

Borys na swoim profilu w mediach społecznościowych niejednokrotnie zamieszczał hasło „Nie wojnie w Ukrainie”. Teraz nie ma po co wracać do swego kraju.

- Aresztują mnie na granicy. Nie dojadę nawet do domu. Nie mogę i nie chcę tam wracać dopóki nic się nie zmieni, dopóki jeden człowiek będzie terroryzował cały naród. Za mało ludzi wychodzi na ulice miast, za mało ludzi protestuje, a z drugiej strony za dużo ludzi ślepo wierzy w słuszność podejmowanych przez rząd decyzji- mówi młody Borys, który wraz z Katią znalazł się na rozdrożu.

- Byliśmy turystami, a staliśmy się uchodźcami. Nie uciekamy wprawdzie z powodu wojny, ale przed reżimem- dodaje Katia.

Ich karty kredytowe i bankomatowe nie działają. Mają pieniądze w rosyjskim banku, ale nie mogą ich wziąć. Zostali z tym, co mieli w portfelu. Nie wiedzą, czy będą dalej pracować, czy dostaną wypłatę, a nawet jeżeli dostaną, to co z tego, jak nie będą mogli jej wziąć.

Teraz muszą się zastanowić, co dalej, bo że do Rosji nie wrócą, to pewne. Muszą przeorganizować swoje życie, znaleźć sposób na zarabianie pieniędzy, znaleźć jakiś kąt dla siebie na dłużej.

- Boję się reakcji ludzi, boję się jutra, tęsknię za mamą, dziadkami. Musimy wszystko przemyśleć, zacząć praktycznie od nowa- mówi Katia i pochyla głowę, bo nie chce się rozpłakać.- Ta wojna, to koszmar. Nie powinna się wydarzyć. Jest XXI wiek, nie tak się rozwiązuje problemy, nie tak się traktuje drugiego człowieka- mówi Katia z coraz większym zdenerwowaniem.

Borys i Katia są młodzi, wykształceni, mieli marzenia, wciąż je mają.


Co łączy obie te historie? Kto z nich cierpi bardziej? Czy można w ogóle zmierzyć ból i cierpienie człowieka, który wpadł w wir zdarzeń niezależnych od niego samego i musi sobie z tym poradzić?


czwartek, 22 lipca 2021

Jak założyć działalność gospodarczą w Gruzji?

Z uwagi na duże zainteresowanie naszych rodaków własną działalnością gospodarczą w Gruzji oraz błędnym informacjom krążącym na ten temat w internecie chcemy przybliżyć Wam poszczególne kroki w tym kierunku.

Mieszkamy w Gruzji na stałe od 2015 roku i wielokrotnie mieliśmy do czynienia z rejestracją własnej działalności gospodarczej i sami również ten proces przeszliśmy. Nie trwa on 15 minut, jak podaje wiele osób, ale nie jest to też skomplikowana sprawa, jeżeli wiemy co należy zrobić i w jakiej kolejności. Zaoszczędzi Wam to czasu i niepotrzebnych emocji, a także nie pozwoli na niepotrzebne wydatki.

Macie pomysł na własną firmę w Gruzji?

To zaczynamy!

Na początku musicie mieć dobrego notariusza w Gruzji, u którego załatwicie praktycznie wszystkie formalności związane z rejestracją firmy, czyli tłumaczenia paszportów z potwierdzeniem notarialnym,  sporządzenie dokumentu dla rejestracji firmy, w którym należy podać nazwę firmy, dyrektora, adres firmy w Gruzji, ewentualnych udziałowców z określeniem w procentach wielkości udziału (udziałowcy też muszą być obecni i posiadać tłumaczenie paszportów) oraz gruziński numer telefonu.

Najczęściej jest rejestrowana dla cudzoziemców spółka z ograniczoną odpowiedzialnością.

Notariusz wysyła elektronicznie wszystkie dokumenty do urzędu, który zajmuje się rejestracją działalności gospodarczej.

W ciągu doby dostaniecie sms- a potwierdzającego rejestrację Waszej firmy.

Następnym krokiem jest wizyta w Urzędzie Skarbowym, gdzie na podstawie dokumentu sporządzonego u notariusza i sms- a z urzędu rejestracji otrzymacie dokument dotyczący Waszej firmy zawierający numer NIP.

Teraz, posiadając NIP, możecie założyć konto firmowe w jednym z gruzińskich banków i rozpocząć oficjalnie Waszą działalność.

Cały proces od wizyty u notariusza do otwarcia konta firmowego w banku przy sprawnej organizacji trwa maksymalnie dwa dni. Do tych czynności nie potrzebujecie usług prawnika.

Większość formalności można załatwić dużo wcześniej, bez Waszej obecności. Dotyczy to przygotowania tłumaczeń oraz przygotowania dokumentów firmowych przez notariusza. Wtedy tylko przyjeżdżacie, podpisujecie dokumenty u notariusza i od razu są one wysyłane do rejestracji.

Wielokrotnie ludzie zainteresowani rejestracją firmy w Gruzji zlecali nam przygotowanie tłumaczeń oraz dokumentów firmowych u notariusza, oszczędzając w ten sposób czas.

 

Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:
 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse
 
oraz na naszą grupę na FB Gruzja i my