Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia z dzieciństwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia z dzieciństwa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 grudnia 2022

Największy dar w życiu to marzenia

 

    Lubię posiedzieć w ciepły letni dzień gdzieś na odludziu. Lubię zapach spalonej słońcem trawy i dzikiego tymianku. Lubię nigdzie się nie śpieszyć.

    Pamiętam, jak będąc małym dzieckiem chodziłam na górę nazywaną w naszej wsi Szubienicą. Nic tam nie było interesującego. Zwykła górka, niczym nie wyróżniająca się od innych, poza stromym zboczem. Dlaczego nazywano ją Szubienicą nie udało mi się nigdy dowiedzieć. Może ktoś się tam powiesił dawno temu lub kogoś powiesili, a może ktoś opowiedział jakąś historię związaną z tym miejscem i nazwa została.

    W każdym razie często chodziłam na tę górę, bo stamtąd widać było pociągi, które jechały z naszej wsi do Białegostoku, Warszawy, a może nawet dalej. Siedziałam i patrzyłam na sunące po torach maszyny i zazdrościłam ludziom, którzy jechali gdzieś w daleki świat. Wyobrażałam sobie, że kiedyś ja też pojadę. Zobaczę świat, inne miasta, ludzi. Najpierw pojadę do Warszawy. To wtedy było moje marzenie. Warszawa wydawała się być tak odległym miastem, że wręcz nieosiągalnym dla przeciętnego, małego dziecka w tamtych czasach. I siedząc tam, na tej górze, wyobrażałam sobie, gdzie jeszcze pojadę. I że kiedyś, jak dorosnę, będę zwiedzać nie tylko Polskę, ale cały świat.

    Moje marzenia podsyciła wizyta mamy koleżanki, która wyjechała do Nowej Zelandii. Gdzie ta Nowa Zelandia była na ziemi? Koleżanka mamy odwiedziła nas pewnego dnia i zrobiła mi zdjęcie polaroidem. Patrzyłam, jak zaczarowana. Jeden pstryk i po chwili miałam zdjęcie na tle naszego domu. I chociaż nie pamiętam twarzy mamy koleżanki, to pamiętam tę wizytę i polaroid. Wtedy do marzenia o podróżach doszło jeszcze jedno pragnienie. Chciałam kiedyś mieć aparat fotograficzny, bo w robieniu zdjęć działa się magia, której nie umiałam pojąć. I te opowieści naszego gościa o tym, jak jadąc samochodem dostali całą kiść bananów, kiedy ja nigdy nie widziałam banana i nie znałam jego smaku. Siedziałam zauroczona gościem i tym, co mówiła i marzyłam, że kiedyś też tak chcę. Wyjechać, zobaczyć, poznać i poczuć.

    To wówczas wydawało się tak bardzo nierealne. Tkwiliśmy w systemie, który nie rozdawał paszportów wszystkim chętnym, wyjazdy do krajów socjalistycznych były dla wybrańców, a tak zwany zachód Europy dla zdeterminowanych. Przekroczenie granicy było dużym wyzwaniem. I ta niemoc intensyfikowała marzenia, powodowała, że sięgałam po książki o podróżach, o dalekich krajach. Jak w domu pojawił się telewizor, to najbardziej ciekawym programem dla mnie był „Pieprz i wanilia”, w którym Elżbieta Dzikowska i Tony Halik opowiadali o swoich podróżach, przeżyciach, pokazywali świat, o którym istnieniu niewielu wiedziało. Oglądałam też „Z kamerą wśród zwierząt”, gdzie Antoni i Hanna Gucwińscy tak bardzo ciekawie opowiadali o zwierzętach, których nigdy nie widziałam. I jeszcze jeden program namiętnie oglądałam, a mianowicie „Zwierzyniec” i uwielbiałam słuchać jego głównego bohatera Michała Sumińskiego, który z taką pasją opowiadał o zwierzętach, że świat w tym czasie nie istniał wokół mnie.

    W takim klimacie kształtowały się moje marzenia o podróżach i fotografii. Ale życie pisze swoje scenariusze i nie zawsze uwzględnia nasze marzenia. Do Warszawy pojechałam ze szkolną wycieczką kilka lat później. Miasto zrobiło na mnie duże wrażenie, ale zgadnijcie, co najbardziej pamiętam z tej wycieczki.

    Lotnisko!

    Byliśmy na zamku, w ZOO i w Łazienkach, a na koniec pojechaliśmy na lotnisko. Jeszcze wtedy był taras widokowy, z którego można było pomachać odlatującym pasażerom. Stałam na tym tarasie i moje marzenia przybrały na sile. Bo pojechać pociągiem było fajnie, ale co to by było, jakby polecieć samolotem? Zobaczyć ziemię z góry. Poczuć się, jak ptak. I tak oto w miejsce marzenia o wyjeździe do Warszawy, które się spełniło, weszło marzenie o locie samolotem. Koleżanki i koledzy oglądali samoloty, a ja wyobrażałam sobie, że siedzę w samolocie, który właśnie wzbijał się do góry.

    Wiele lat upłynęło, w ciągu których zmienił się system, wychowałam córkę, owdowiałam, spotkałam Piotra i to był moment, w którym poczułam, że nadszedł czas na moje ukryte głęboko i prawie zapomniane marzenia. Co prawda aparat fotograficzny kupiłam sobie dużo wcześniej, analogowy, na kliszę i robiłam zdjęcia kierując się instynktem. Potem był pierwszy aparat cyfrowy i tak fotografowanie trwa do dzisiaj. Robię to dla siebie, dla zatrzymania chwili, którą warto zatrzymać.

    Zostało tylko ruszyć w podróż. Miałam nawet swoje życiowe motto, aby żyć tak, żeby na starość nie zastanawiać się jak by było, gdybym podjęła ryzyko. Ja to ryzyko podejmowałam. Nie zawsze było prosto, ale zawsze była satysfakcja, bo jak się udało, to była radość, a jak nie wyszło, to cieszyłam się z tego, że się odważyłam spróbować. Tak mi zostało do dzisiaj.

    I przyszedł moment, kiedy po raz pierwszy wyjechałam, a raczej wyleciałam za granicę, do Turcji. Razem z Piotrem. Na początek był to wyjazd z biurem podróży, zachowawczo i bezpiecznie. Co wtedy czułam? Byłam szczęśliwa, spełniały się moje marzenia i to wszystkie od razu. Leciałam samolotem za granicę. Pamiętam te emocje. Weszliśmy do samolotu, usiadłam przy oknie, bo zawsze, niezależnie od środka komunikacji, siadałam przy oknie. Lubiłam patrzeć na zmieniający się krajobraz. Kiedy samolot ruszył na pas startowy miałam cały pakiet uczuć. Czułam jednocześnie strach, radość, ciekawość i ekscytację. Jak samolot oderwał się od ziemi poczułam się jak ryba w puszce. Zdałam sobie sprawę, że nie ma odwrotu. Nie mogę zatrzymać samolotu i wysiąść nawet, gdybym bardzo chciała. Dopiero, gdy osiągnęliśmy wysokość lotu poczułam spokój i niemal do lądowania nie oderwałam nosa od okna. Patrzyłam na ziemię z góry, widziałam chmury od strony nieba i delektowałam się każdą chwilą lotu. Żaden późniejszy lot nie wywołał już takich emocji.

    Po wylądowaniu w Antalyi pojechaliśmy autokarem do hotelu. Wszystko było nowe i ciekawe, ale było jedno „ale”. Atrakcje przygotowane w hotelu nie zaspokajały moich marzeń o podróżach. Dopiero kiedy wypożyczyliśmy samochód i sami pojechaliśmy po okolicy poczułam tę iskrę. To było coś, co dawało niezwykłą przyjemność. I ten jeden dzień pamiętam dokładnie z całego pobytu. Reszta się zlała w jedną masę. Już wtedy wiedziałam, że zorganizowany wyjazd nie jest dla mnie. Piotr zgodził się ze mną.

    Do Turcji wróciliśmy po kilku latach z plecakami na cały miesiąc. W taki sposób zwiedziliśmy również całą Europę, Maroko, a potem Gruzję i Armenię. Resztę już znacie, a kto nie zna, to może poznać tu.

    Na realizację marzeń czasem trzeba poczekać, ale zawsze warto je realizować, bo jeżeli nie spróbujemy, to będziemy się zastanawiać, jak by to były, gdybyśmy zaryzykowali i nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie. Warto żyć na cały etat, bo żadnej chwili nie da się powtórzyć. I warto mieć marzenia, bo to one napędzają nas do działania, dają nam siłę do życia i są nasze, wyjątkowe.


     "Sam fakt, że masz jakieś marzenia lub pragnienia oznacza, że masz też odpowiednie zdolności do ich zrealizowania"- Robin Sharma, Mnich, który sprzedał swoje ferrari

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my
 


środa, 14 grudnia 2022

Oswajanie prosiaczka i zapasy na zimę

 

    Kiedy stopiły się śniegi i słońce zaczynało wędrówkę po niebie coraz wyżej moi dziadkowie kupowali prosiaka. W tym celu jechali na bazar i tam wybierali najbardziej odpowiedniego według nich. Tuż przy domu był mały chlewik, do którego trafiał prosiaczek po męczącej podróży w worku.

    Nie byłabym sobą, abym nie zaczęła od pierwszego dnia odwiedzać to różowe maleństwo. Zawsze na początku było to cudne zwierzę, takie do kochania, malutkie i śmieszne, a potem wyrastała z niego duża świnka, czasami o bardzo konkretnych gabarytach. Do takiej podchodziłam z dużą rezerwą.

    Jednego roku przyszedł mi do głowy pewien pomysł. W chlewiku stały drewniane grabie do siana. Tymi grabiami każdego dnia drapałam prosiaczka. Skubany tak się przyzwyczaił, że każde otwarcie drzwi do chlewika skutkowało tym, że prosiak kładł się na grzbiet i czekał na drapanko. Potem i babcia i mama drapały ponad stukilogramową świnię przy okazji każdego karmienia. Wyobraźcie sobie jednak ten moment, kiedy pewnego jesiennego dnia trzeba było pożegnać się ze świnką. Od początku było wiadomo w jakim celu została kupiona, ale akurat ta jedna jakoś tak bardzo bliska sercu się zrobiła, szczególnie damskiej części rodziny. Kiedy już było po wszystkim, to przez kilka dni wspominaliśmy świnkę i często wspominamy do dziś. Potem już nigdy dziadek nie pozwolił mi na oswajanie świnek.

    Mięso z takiej świnki było dzielone na poszczególne części. Robił to dziadek i tata. Ponieważ jesienne dni należały do zimnych, więc nie było problemu z brakiem lodówki czy zamrażarki. Część mięsa przeznaczana była na wędzenie. Tym zajmował się dziadek. Odpowiednio zapeklowane wcześniej kawałki mięsa zawieszał na kiju w samodzielnie skonstruowanej wędzarni i rozpalał ogień. Dla mnie i brata to była frajda, bo mieliśmy ognisko przez cały dzień. Dziadek oczywiście pilnował ognia, a bardziej dymu, bo wędzenie, to głównie dym, ale nie ma dymu bez ognia, więc biegaliśmy z bratem wkoło wędzarni i wykorzystywaliśmy krótkie nieobecności dziadka, aby rozniecić większy ogień. Nie raz oberwało się nam za dorzucenie zbyt dużej ilości drewna, ale wędzonki i tak wychodziły zawsze pyszne. Po uwędzeniu mięso wieszano w komórce i przez zimę sukcesywnie było zjadane. W komórce leżała też posolona obficie słonina. A że zimy były mroźne, więc te wszystkie zapasy spokojnie wytrzymywały do wiosny.

    Późną jesienią kisiło się kapustę. Oj, to dopiero było roboty. Trzeba było kapustę poszatkować. Nikt wtedy nawet nie słyszał o elektrycznych narzędziach do takiej czynności. Nikt nawet nie słyszał o zwykłej szatkownicy do kapusty. Zwyczajnie w świecie kroiło się każdą główkę kapusty nożem. Bałagan w kujni był nie z tej ziemi, wszędzie leżała kapusta, albo cała, albo pokrojona. Każdą porcję poszatkowanej kapusty należało posolić, dodać startą marchewkę i ugniatać rękoma do momentu, aż obficie puści sok. Wtedy można było przekładać porcję kapusty do beczki, w której należało ją jeszcze dobrze ubić, aby całość pokryła się sokiem i można było szatkować następną porcję. Trwało to cały dzień zanim beczka zapełniła się prawie po brzegi. Od tego momentu zima nie byłą straszna. We wsi mówiło się, że jak w domu jest mięso i beczka kapusty, to zimę się przetrwa bez problemu.

    W naszej piwnicy były ziemniaki i beczka kiszonej kapusty, w komórce mięso, na strychu jabłka w sianie, a w domu zapas mąki z młyna i dżemy, które babcia lub mama zdążyły zrobić latem.

    Takie przygotowania do zimy pamiętam z dzieciństwa. Każdego roku coś się zmieniało, przybywało urządzeń ułatwiających pracę, pojawiła się lodówka, szatkownica, maszynka do mielenia mięsa, ale klimat samych przygotowań nie zmieniał się przez lata. Każda czynność miała swój czas, nikt nie wędził mięsa wiosną, nikt nie kupował prosiaków latem, na wszystko była odpowiednia pora. Wieś żyła zgodnie z rytmem natury.

    Dzisiaj wszystko jest dostępne przez cały rok. Większość produktów kupuje się w sklepie, często bezrefleksyjnie. Przyzwyczailiśmy się, że kiszona kapusta może być dodatkiem do obiadu w lipcu czy sierpniu. Natomiast w czasach mojego dzieciństwa kiszoną kapustę jadło się zimą i wczesną wiosną. Nie dlatego, że nie można było ukisić jej tyle, żeby wystarczyło do lata, ale dlatego, że wiosną i latem pojawiały się nowalijki, których nie było przez całą zimę. Kiszona kapusta, która dostarczała witamin zimą, na wiosnę już nie smakowała, bo można było zjeść rzodkiewkę, sałatę, szczypiorek, potem ogórka czy pomidora. Rytm natury był tym, co decydowało o jadłospisie.

    Kiedy przyjechaliśmy na stałe do Gruzji musiałam na nowo przypomnieć sobie, jak to jest, kiedy ma się warzywa i inne produkty sezonowo. Pomijając duże miasta, na wsiach i prowincjonalnych miasteczkach wciąż jeszcze zauważalny jest rytm natury w ofertach na bazarach. Jednego roku latem zatęskniłam za smakiem śledzia w oleju. Myślicie, że znalazłam w sklepie? Nic z tego, nie było, bo śledzie są tylko późną jesienią i zimą. A tak bardzo chciałam zjeść świeżego śledzia z cebulką i w oleju. Niektóre warzywa też pojawiają się sezonowo. Małe, zielone kabaczki można wciąż kupić późną wiosną, potem znikają. Mała, soczysta rzodkiewka też jest tylko wiosną i latem, a potem pojawia się długa, czerwona i gruba rzodkiewka. Powoli i tu się zmienia dostępność towarów, ale jeszcze można zauważyć ten rytm zgodny z naturą. Nasze małe miasteczko ma jeszcze wiele podobieństw do mojej wsi z dzieciństwa.

    „Spokojne przechodzenie jesieni w zimę wcale nie jest przykrym okresem. Zabezpiecza się wtedy różne rzeczy, gromadzi się i chowa jak największą ilość zapasów. Przyjemnie jest zebrać wszystko, co się ma, tuż przy sobie, możliwie najbliżej, zmagazynować swoje ciepło i myśli i skryć się w głębokiej dziurze, w samiuśkim środku, tam gdzie bezpiecznie, gdzie można bronić tego, co ważne i cenne, i swoje własne. A potem niech sobie sztormy, ziąb i ciemności przychodzą, kiedy chcą. Niech się tłuką o ściany szukając po omacku wejścia, i tak go nie znajdą, bo wszystko jest zamknięte, a w środku siedzi ten, kto był przezorny, siedzi i śmieje się, zadowolony z ciepła i samotności.” – Tove Jansson

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Ciapek- mój kudłaty towarzysz z dzieciństwa

 

    Miał na imię Ciapek. Towarzyszył mi od zawsze, czyli nie pamiętam, jak do nas trafił, pamiętam tylko, że był z nami kilkanaście lat. Piesek, najwierniejszy towarzysz, najcierpliwszy przyjaciel, najlepszy strażnik obejścia.

    Ciapek był najbardziej rasowym psem świata. Miał w sobie łagodność labradora, wierność owczarka, odwagę buldożka francuskiego i energię bulteriera. Głowę miał teriera, łapki jamnika, a ogon border collie. Pies wszystkich ras. Ciapek był ze mną bez przerwy. A nie, z przerwami na amory, bo to były czasy, kiedy nikt nie zaprzątał sobie głowy sterylizacją psów czy kotów. I tak, jak jakaś panienka we wsi rozsiewała feromony, to wszystkie psy z bliska i z daleka zbiegały się do niej i każdy chciał przekazać swoje geny na następne pokolenia, bo każdy pies uważał się za tego najlepszego, najbardziej zasługującego na uwagę suczki. A kłóciły się między sobą burki, aż w całej wsi było słychać. Babcia mówiła wtedy, że nasz Ciapek pobiegł na wesele. Z takiego wesela wracał zawsze mocno poturbowany. Kilka dni odpoczywał, jadł za dwóch, bo po amorach boki miał zapadnięte. Ale żadnej damie nie przepuścił, jego obecność była obowiązkowa na każdym psim weselu.

    Życie dziecka w towarzystwie kudłatego czworonoga bywa bardzo emocjonujące. Traktowałam Ciapka, jak obowiązkowy element rodziny. Odprowadzał mnie do szkoły i czekał na mnie, aż skończą się lekcje, aby wrócić ze mną do domu. Towarzyszył mi w zabawach, spacerach, był zawsze obok mnie. Czasami mnie męczyła jego obecność, ale Ciapek był niestrudzony i nawet jeżeli mu w jakiś sposób uciekłam, to zawsze umiał mnie znaleźć.

    Ciapek miał swoją budę, solidną, ocieploną, przy której leżał łańcuch i tylko leżał, bo Ciapek na łańcuchu był kilka razy w swoim życiu, a mianowicie wtedy, kiedy dziadek próbował go powstrzymać przed udziałem w psim weselu. Dziadek tłumaczył, że to dla jego dobra, bo Ciapek był coraz starszy, a na psim weselu bywało różnie, walki, bitwy i rywalizacja o panienkę. W budzie Ciapek sypiał zimą i w deszczowe, chłodne dni. Czasami spał w domu, ale on był przyzwyczajony do życia na podwórku.

    Kiedyś, w bardzo upalną letnią noc Ciapek spał na ulicy. Ulica była brukowana, pies robił sobie w bardziej piaszczystych miejscach chłodne dołki i tam układał się do snu. Ulicą tą przejeżdżał przeważnie jeden samochód dziennie i to z tak zawrotną prędkością, że Ciapek bez szczególnego pośpiechu mógł zawsze zejść z drogi. W tę jedną noc Ciapek musiał spać bardzo twardo, bo usłyszeliśmy w środku nocy jego przeraźliwy skowyt. Dziadek wybiegł na ulicę tak, jak spał i okazało się, że tym razem samochód przejechał po tyle naszego Ciapka. Dziadek przeniósł psa pod krzak jaśminu obok domu. Byliśmy przekonani, że pies nie przeżyje. Weterynarz we wsi zajmował się tylko gospodarskimi zwierzętami, czyli krowami, konikami, owcami. Nie było rentgena ami nic, co mogłoby pomóc zdiagnozować obrażenia. Mama robiła więc Ciapkowi zimne okłady na tylną część ciała i podstawiała miski z wodą i jedzeniem. Po kilku dniach Ciapek wstał o własnych siłach i trzymając w górze jedną z tylnych łap przeszedł kilka kroków. Z tej całej sytuacji wyszedł bez większych szkód, tylko jedna z tylnych łapek była jakby krótsza. Pewnie złamanie zrosło się po swojemu, ale najważniejsze było, że pies odzyskał siły i humor.

    Za czasów mojego dzieciństwa nikt nie niańczył psów i kotów. W naszej wsi pies był do pilnowania domu, a kot do łapania myszy. Nikt też ich nie krzywdził, a przynajmniej ja nie pamiętam, aby ktokolwiek znęcał się nad psem. Nie było wtedy specjalnych karm dla psów czy kotów. Zwierzęta jadły to, co zostało z obiadu, a koty przeważnie to, co złowiły, a dodatkowo dostawały mleko czy twarożek lub kawałek mięsa. Jedyne obowiązkowe szczepienia dla psów, to były szczepienia przeciwko wściekliźnie. A przecież wtedy też były kleszcze i nasz Ciapek potrafił nie jednego przynieść na swojej skórze. Nigdy jednak nie zachorował. Poza tym nie było wśród ludzi świadomości, że od kleszcza można złapać jakieś choróbsko, więc nikt takimi drobiazgami nie zaprzątał sobie głowy, Kleszcza po prostu się wyjmowało ze skóry i tyle.

    Nasz Ciapek żył kilkanaście lat w dobrym zdrowiu i kondycji. Pewnie żyłby dłużej, ale zginął tragicznie na jednym z psich wesel. Był staruszkiem, dziadek nie uwiązał go w porę i Ciapek pobiegł jeszcze poszaleć z panienką. Bardzo przeżyliśmy jego odejście.

    Obecność psa, potem kota w moim dziecięcym świecie uwolniła same dobre emocje. Nauczyłam się, że oprócz ludzi, można też kochać zwierzęta. Nauczyłam się empatii i wrażliwości. Te uczucia pozostały we mnie do dzisiaj. Czasami jest mi z tym trudno, bo nie umiem regulować poziomu empatii, zbyt mocno przeżywam, zbyt mocno się wzruszam.

    Przez całe moje życie do teraz towarzyszył mi pies albo kot. Potrzebę posiadania czworonożnego kosmatego przyjaciela mam wdrukowaną w podświadomość, świadomość i w każdą komórkę mojego ciała. W człowieku jest tyle człowieczeństwa ile miłości do zwierząt. Nie każdy musi mieć pieska czy kotka, ale wrażliwość na krzywdę zwierząt jest bardzo pozytywną cechą człowieka.

    Obecnie też mamy psa. Jak przyjechaliśmy do Gruzji, to bardzo długo opierałam się pragnieniu przygarnięcia bezdomnego psa. Mieliśmy z mężem wątpliwości, bo przecież przyjmujemy gości i zdawaliśmy sobie sprawę, że nie każdy może być zachwycony z towarzystwa psa, ale szybko się one rozwiały, bo wszyscy nasi goście, to ludzie kochający zwierzęta.

    Kto był w Gruzji ten wie, że tu jest mnóstwo tej biedy na ulicach. Po kilku latach niedaleko naszego domu pojawiła się młoda czarna suczka. Była bardzo wesoła i przyjacielska i bardzo polubiła mego męża. Postawiliśmy sobie za cel sterylizację tej panienki, żeby bezdomność się nie rozmnażała. Kiedy sunia wróciła po zabiegu, wzięliśmy ją do domu, aby doszła do siebie w spokoju i tak już z nami została.

    Ona miała szczęście, ale wiele innych psów wciąż mieszka na ulicy, wciąż w okresie zimowym dokucza im głód i zimno, bo nie ma turystów, którzy przez cały sezon dokarmiali te biedy. A największy problem pojawił się w czasie pandemii. Wtedy przez ponad rok nie pojawił się w Gruzji żaden turysta. Bezdomne zwierzęta były skazane na pewną śmierć. Właśnie wtedy razem z Piotrem podjęliśmy decyzję, że dopóki możemy podzielić się z psami w naszym miasteczku jedzeniem, to będziemy to robić, a jak nam zabraknie środków, to wtedy będziemy myśleć, co dalej. I tak do dziś dokarmiamy bezdomne psy i koty w Sighnaghi przeznaczając na ten cel część zarobionych pieniędzy. Tym sposobem również nasi goście, którzy zapłacili nam za nocleg czy wycieczkę, mają swój udział w zapewnieniu karmy dla bezdomnych zwierząt w Sighnaghi. Dziękujemy Wam za to bardzo serdecznie, bo bez Was nie moglibyśmy robić tego, co robimy. Jesteście naszymi bohaterami.

    "Ktoś, kto nigdy nie miał psa, przeoczył cudowną część życia." - Bob Barker

  

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my

sobota, 10 grudnia 2022

Boże Narodzenie mojego dzieciństwa

 

    Kiedy byłam kilkuletnim dzieckiem mój świat zamykał się w małej wsi na Podlasiu. Dom dziadków był mały, drewniany, ale zawsze było w nim przytulnie i ciepło. Szczególnie okres świąt był czasem, kiedy w domu życie tętniło nieco szybciej. Nie była to jednak znana nam z obecnych czasów przedświąteczna gorączka. Nikt, ale to absolutnie nikt nie myślał o Bożym Narodzeniu w październiku czy listopadzie.

    Najpierw był czas adwentu, czas oczekiwania na tę chwilę, kiedy wszystko się na świecie zmienia dzięki jednym narodzinom. Nie odliczano dni do świąt za pomocą kalendarzy adwentowych. Ten okres miał swój rytm, który odmierzały nabożeństwa w kościele. W naszej wsi religia była istotnym elementem życia. Na tamten czas religia była swego rodzaju spoiwem dla społeczności. Najpierw należało się zastanowić nad sensem świąt, a potem można było dodać do tego choinkę, prezenty czy inne atrakcje.

    Święta Bożego Narodzenia z mojego dzieciństwa pachniały mandarynkami i smakowały ptasim mleczkiem. To był jedyny czas, kiedy można było trafić w sklepie na mandarynki, pomarańcze czy ptasie mleczko. Dzisiaj święta mamy każdego dnia i może dlatego straciły one swoją magię. My z bratem czekaliśmy niecierpliwie na prezenty od Mikołaja. Ale najpierw należało ubrać choinkę. U nas była sztuczna choinka, prawdziwej nie pamiętam. Choinkę ubierała mama. Wieszała kolorowe bombki, a my przyglądaliśmy się i nie mogliśmy się doczekać świąt. Obowiązkowo na choince mama zawieszała cukierki w kolorowych papierkach. To był jeden z elementów dekoracji i naszych westchnień, bo w tamtych czasach cukierki były od święta. Na koniec przystrajania choinki mama kładła kawałki waty na gałązki i drzewko wyglądało tak, jakby przysypał je dość solidny śnieg. Ostatnim elementem były świeczki, ale nie takie elektryczne. To były prawdziwe, małe świeczki na choinkę, podobne do tych, które teraz zapala się na tortach urodzinowych. Do tych świeczek mieliśmy specjalne uchwyty, coś w rodzaju spinacza do bielizny, tylko metalowe i na jednej części było miejsce do osadzenia świeczki. Czy możecie sobie wyobrazić kolorową choinkę, na której płoną prawdziwe świeczki? A ile pożarów było z powodu takiego wynalazku. Nasza choinka tylko raz się zajęła ogniem, ale tata szybko opanował sytuację, bo nigdy nie zostawialiśmy takiej choinki bez nadzoru. Przeważnie rodzice zapalali świeczki na kilka minut, aby pocieszyć oczy i wprowadzić świąteczną atmosferę, a potem gasili wszystkie świeczki bardzo dokładnie i siadaliśmy do kolacji wigilijnej.

    Pamiętam Wigilię w domu dziadków, potem najczęściej była w naszym domu, bo mama nie chciała obciążać babci przygotowaniami. Ale babcia i tak część potraw przyrządzała sama. Nasz dom znajdował się po przeciwnej stronie ulicy, więc praktycznie wszystkie święta spędzaliśmy z dziadkami. Wieczorem czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę na niebie, bo to był znak, że można siadać do stołu. Nasze brzuszki dość głośno burczały, bo zgodnie z tradycją przez cały dzień powinno się pościć, ale dzieci i osoby starsze i chore były z tego postu zwolnione. My z bratem zawsze coś tam skubnęliśmy w ciągu dnia z przyrządzanych potraw.

    Babcia gotowała na Wigilię jedną z moich ulubionych potraw, a była to kutia. Jej smak pamiętam do dzisiaj. Była słodka, z makiem, rodzynkami i kaszą, ale już nie pamiętam jaka to była kasza, chyba pęczak, ale głowy nie dam. Każdą Wigilię zaczynałam od kutii, potem jadłam makowniczki. Był to rodzaj drożdżowych racuszków ze słodkim makowym nadzieniem. Babcia smażyła je na patelni i ile by ich nie zrobiła, to wszystkie znikały w ekspresowym tempie. Z dań wytrawnych obowiązkowy był śledź. Babcia i mama robiły śledzie w oleju z cebulką i w occie. Moim faworytem, zresztą do dzisiaj, był śledź w oleju, a do tego gotowane ziemniaki w mundurkach. Na wigilijnym stole był też smażony karp, którym zajadała się moja mama, a ja do dzisiaj nie mogę się do niego przekonać. Kolacja wigilijna nie mogła obyć się bez barszczu. Uszek nie było, nikt nie lepił w domu pierogów ani uszek, a w sklepach takich gotowców nie sprzedawali, więc barszcz był czysty. Mama przyrządzała sałatkę jarzynową, a babcia robiła kisiel z owsa, który absolutnie mi nie smakował. Na koniec pojawiała się zwykła drożdżowa babka. Wszystkie dania były bezmięsne, chociaż w piwnicy wisiały wędzone szynki i kiełbasy, ale te rarytasy można było zacząć jeść dopiero po pasterce.

    W trakcie kolacji wigilijnej zerkaliśmy z bratem pod choinkę, aby nie przegapić momentu, kiedy pojawią się tam prezenty. Rodzice próbowali odwrócić naszą uwagę na tyle, aby ktoś z domowników mógł szybko te prezenty pod choinkę położyć. Do pewnego momentu udawało im się, ale im byliśmy starsi, tym trudniej było nam wmówić istnienie Mikołaja. Ja przeważnie dostawałam lalkę i słodycze, a mój brat samochód, karabin albo misia i słodycze. Do tego mama dzieliła między nas ptasie mleczko i mandarynki. Ja od zawsze byłam łakomczuchem i moje słodkości znikały w okamgnieniu. Potem jeszcze wyprosiłam od brata część jego słodyczy, a jednego roku wpadłam na genialny pomysł.

    Mama zawiesiła na choince kolorowe cukierki w dość twardych papierkach. W mojej głowie nastąpiły nagle szybkie wyładowania, neurony się sprężyły, impulsy lotem błyskawicy popłynęły do centrum dowodzenia, a stamtąd poszło do ośrodka potrzeb pilnych i natychmiastowych i już miałam plan. W momentach, kiedy zostawałam sama przy choince, odwijałam delikatnie jeden cukierek z papierka i szybko wkładałam go do buzi. Delektując się smakiem słodkości zawijałam papierek po cukierku na choince tak, że sprawiał wrażenie, jakby wciąż wewnątrz kryła się smakowita zawartość.

    Choinka stała do Trzech Króli, czyli do szóstego stycznia. Potem należało zdjąć wszystkie ozdoby, cukierki i całą resztę. U nas choinkę rozbierało się trochę później, bo nikt nie rwał się do tego zadania. Najczęściej było to pod koniec stycznia. Możecie sobie wyobrazić zdziwienie mamy, kiedy najpierw nam obiecała, że wszystkie cukierki z choinki podzieli równo między mnie i brata, a potem nie miała czego dzielić. Wiedziała, że to moja sprawka była, ale cała ta sytuacja tak rozbawiła rodzinę, że nie poniosłam konsekwencji swojego łakomstwa. Najbardziej zawiedziony był brat, ale trwało to chwilę, bo nie był on tak wielkim miłośnikiem słodyczy, jak ja.

    Beztroski czas dzieciństwa jest po to, abyśmy kiedyś mogli opowiedzieć o nim swoim dzieciom, wnukom, przyjaciołom. Uczucia, emocje, smaki i zapachy z dzieciństwa, to nasze skarby, które zostają z nami do końca.

    „Przychodzi mi do głowy, że ludzie zawsze wisieli na innych ludziach, przez co świat przypomina wielką choinkę. Ci u szczytu najmniej narzekają, lamenty dochodzą znad samej ziemi, a wszystko razem tworzy niekończące się Boże Narodzenie.”- Łukasz Orbitowski, Exodus

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 


celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my


środa, 7 grudnia 2022

Jak to drzewiej na wsi bywało- wspomnień ciąg dalszy

 

    W naszej wsi był jeden sklep spożywczy, gospoda, kościół, cerkiew, urząd gminy i dom kultury. Był też dworzec kolejowy, a na piętrze dworca Wars- kolejowa knajpa dla podróżnych.

    Zawsze drażniło mnie, że pociągi z naszej wsi jadą tylko w jednym kierunku. Powodem takiej sytuacji była granica. W stronę granicy też jeździły pociągi, ale były one tylko dla tych, którzy mieli paszport i zaproszenie do Kraju Rad. Granica była więc jak ściana, jak ten słynny Mur Berliński tylko bez cegieł. Nie raz szliśmy całą paczką znajomych w okolice granicy i przyglądaliśmy się z zaciekawieniem, bo jakoś nie mogliśmy pojąć, dlaczego ludzie robią sobie takie dziwne ograniczenia. Płot z kolczastego drutu, za nim szeroki na kilkanaście metrów pas zaoranej ziemi, potem znowu płot, a potem nie wiedzieliśmy co dalej, bo nie było widać. I tylko pasące się krowy nie przejmowały się ludzkimi ograniczeniami i śmiało przekraczały granicę w poszukiwaniu smaczniejszej trawy. Po takiej akcji albo same wracały do domu, albo gdzieś ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach. Można się było jedynie domyślać, bo krowa w tamtych czasach, to był bardzo wartościowy zwierzak i kosztował nie mało.

    Czasami też słyszeliśmy o grzybiarzach, którzy w pogoni za okazami życia świadomie przechodzili na „drugą stronę” i albo wracali z pełnym koszem grzybów, albo mieli dość kosztowny dowóz do domu, a przy okazji wycieczkę krajoznawczą, bo przyłapani na stronie sąsiada byli transportowani najpierw do Grodna w celu złożenia szczegółowych wyjaśnień, a potem odwożono ich do domu, czyli na polską stronę. Byli oni ówczesnymi influencerami, wszyscy o nich mówili, pokazywali sobie na ulicy. Ot, taka namiastka popularności na małej podlaskiej wsi.

    Miejscem, które żyło każdego wieczora i które każdej niedzieli było wspominane przez proboszcza na kazaniu była gospoda. Tam dopiero się działo. Klientami byli przeważnie mężczyźni, których głównym celem było poprawienie sobie nastroju za pomocą kieliszka wódki, a na jednym raczej się nie kończyło. W tamtych czasach nie dało się wejść do takiego przybytku i po prostu zamówić kielicha. To był okres „lornety z meduzą” czyli dwie setki i galareta z nóżek. Obowiązkowo do alkoholu należało zamówić coś do jedzenia, a że galareta z nóżek była najtańszą opcją, to schodziła na pniu. Panowie zaś siedzieli przy butelce, palili „Sporty” albo „Klubowe” i często o własnych nogach nie opuszczali lokalu. Zdarzały się też bójki, bo różnice zdań nie pozwalały na inne rozwiązanie, jak tylko na argument pięści. No i tak było też honorowo, a na następny dzień piło się na zgodę.

    Niedziele i święta zaczynało się od odwiedzenia kościoła. Przed rozpoczęciem nabożeństwa panie wymieniały się najnowszymi wiadomościami, ulicami zaś płynął tłum wiernych w kierunku świątyni. To były dni, kiedy nie wykonywało się żadnej pracy, która nie była niezbędna w gospodarstwie domowym. Poza tym szeroko pojęta opinia publiczna oraz stojący na jej czele ksiądz proboszcz była bardzo silnym hamulcem przed zrobieniem prania czy innymi pracami, które mogły poczekać na dzień powszedni. Niedziele i święta należało szanować. To były dni odpoczynku po uprzedniej wizycie w kościele. Tylko wyjątkowe sytuacje pozwalały na ciężkie prace. Jeżeli na przykład siano czy zboże wyschło na tyle, że można je było zwozić do stodoły, a na horyzoncie pojawiały się ciemne chmury, to wtedy proboszcz uprzejmie pozwalał na wykonanie tej pracy bez grzechu w niedzielę. Czasem miało się wrażenie, że decydujące słowo we wsi należało do księdza proboszcza, a może to wcale nie było wrażenie.

    Ksiądz proboszcz był od zawsze, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Uczono nas szacunku dla księdza, wiary i przestrzegania zasad tejże wiary. Pamiętam kolędy po świętach Bożego Narodzenia. Odśnieżało się drogę i ścieżki do domów, bo zimy były mroźne i śnieżne, a proboszcz szedł z kolędą, więc wstyd byłby na całą wieś, gdyby ugrzązł gdzieś w śnieżnej zaspie. Kolęda, to było wydarzenie w każdym domu. Wszystkie dzieci co chwilę wychodziły na ulicę i kontrolowały, jak daleko jest ksiądz. Domy wcześniej trzeba było porządnie wysprzątać. Jak ksiądz wchodził do domu, to szedł jak gwiazda po czerwonym dywanie. A najbardziej wkurzało mnie to, że babcia kazała pana księdza całować w rękę. A fuj… Jako kilkuletnie dziecko nie dałam się przekonać do takich czułości względem, jak to dziadek mówił, duchownej osoby. I nie było mocnych, aby zmusić mnie do całowania ręki księdza. Oczywiście babcia i dziadek byli zawiedzeni, ale wiedziałam, że szybko o tym zapomną. Całe szczęście, że wizyta trwała krótko, a na koniec dostawaliśmy z bratem po świętym obrazku, które i tak lądowały w babcinym modlitewniku.

    Każde wydarzenie, nawet kolęda, pomijając całowanie księdza w rękę, było zawsze wyczekanym wydarzeniem. To były chwile, które przeżywało się z dużą częścią społeczności wspólnie, które zdarzały się raz, dwa razy w roku, a nawet rzadziej i dlatego były na swój sposób atrakcyjne. Nie dało się ich nagrać czy zrobić transmisji na żywo dla innych. Albo w tym uczestniczyłeś i byłeś częścią grupy, stanowiłeś element całej sytuacji, albo nie brałeś w tym udziału i byłeś w pewnym sensie wyalienowany w danym temacie. Życie toczyło się tu i teraz, decyzję podejmowało się bez wsparcia internetu, telefonu do przyjaciela czy innych podpowiedzi. Czuło się ciężar odpowiedzialności i czuło się przynależność do społeczności.

    „Martw się, co myślą o Tobie inni, a zawsze będziesz ich więźniem.”- Lao Tzu

 

 Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 


celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na Facebooku  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my


niedziela, 4 grudnia 2022

Wspomnień ciąg dalszy

 

    Dzieciństwo to taka część naszego życia, w której kształtują się wyobrażenia na temat ludzi i świata. Potem je weryfikujemy, zmieniamy lub naginamy rzeczywistość do nich, ale każdy ma tam w głowie coś swojego, niepowtarzalnego, taki sejf, w którym ukryte są nasze największe skarby.
    W moim sejfie są smaki, zapachy, uczucia i fantazje. Znaleźć tam można też wiele historii usłyszanych w długie jesienne wieczory i poukładanych według własnych wyobrażeń. Są historie miłosne, romantyczne, są też tragiczne, a wręcz kryminalne. Jest trochę historii wesołych, trochę smutnych. Każda z nich wiąże się z konkretnymi ludźmi, których twarze albo zatarły się w pamięci, albo byłam wówczas zbyt mała, aby je zapamiętać. Ale zapachy, smaki i zdarzenia potrafią wywlec z zakamarków pamięci niezwykłe opowieści, prawdziwe, najprawdziwsze życie ludzkie, emocje i uczucia, jakby wydarzyły się wczoraj.
    Byłam kilkuletnim dzieckiem, nie chodziłam jeszcze do szkoły. Miałam może cztery, może sześć lat. Pamiętam jesienny wieczór, w domu babci wesoło trzaskało palące się drewno w piecu, dziadek czytał gazetę, babcia szykowała kolację, a my z bratem wycinaliśmy ze starych gazet przeróżne twory. Czekaliśmy, aż mama wróci z pracy. Nagle drzwi do kuchni się otworzyły, weszła mama i od progu powiedziała:
    - Zabił swoją żonę. Poderżnął jej gardło.
    Wstrzymaliśmy z bratem oddech. Kto mógł zrobić coś tak okrutnego i dlaczego? Okazało się, że kilka domów dalej, na skraju wsi miała właśnie miejsce straszna tragedia. Mąż zabił żonę, która spała nieświadoma zagrożenia. Mieli kilkoro dzieci. Najmłodsza Basia miała wtedy niespełna dwa lata. Oczywiście moje uszy przestawiły się na częstotliwość wyłapującą jak najwięcej szczegółów tego wydarzenia, bo takie historie wprowadzały swoisty koloryt do monotonnego wiejskiego życia. Nikt nie wiedział dokładnie, co wydarzyło się w tej rodzinie, że doszło do zabójstwa. Wiadomo było, że mąż poderżnął gardło dla śpiącej żony, która wykrwawiła się na śmierć. Zabójca trafił najpierw za kratki, potem do psychiatryka, a po kilku latach wrócił do swego domu. Pamiętam, jak wychowywał Basię, swoją córkę, która potem wyszła za mąż i urodziła dwoje dzieci. Wszyscy we wsi przyglądali się tej rodzinie, schodzili z drogi mężczyźnie, który miał krew na rękach, a mimo to często widzieliśmy go, jak na tychże rękach nosił swoją córkę. Szczegółów tej historii nie znam, chyba nikt nie zna.
    Po kilkunastu latach od zabójstwa wsią wstrząsnęło nowe zdarzenie. Zabójca rzucił się pod pociąg. Zginął na miejscu. Co nim kierowało, co się działo w jego głowie, jak widział ludzi i świat, dlaczego zrobił to, co zrobił? Ani wtedy, ani dzisiaj nikt nie odpowie na te pytania. Jeszcze przez wiele lat ludzie we wsi wracali do tej historii, dodawali coś od siebie, rozpalali emocje, aby potem na jakiś czas znowu o niej zapomnieć.
    Nie tylko takie mroczne historie pamiętam. Większość jednak obfitowała w mniej lub bardziej sensacyjne fakty dla kilkuletniego dziecka, które zazwyczaj jest bardzo dociekliwe.
    Mnie nurtowało pytanie skąd się wzięłam na świecie. Co prawda uczestniczyłam, od kiedy pamiętam, w wykluwaniu się kurczaków z jaj, ale coś mi nie pasowało. Zadałam więc to pytanie mojej babci, bo kto, jak nie ona mógłby mi wówczas wyjaśnić moje wątpliwości. I otrzymałam krótką i konkretną odpowiedź:
    -Bocian cię przyniósł i wrzucił do komina.
    Zastanowiłam się chwilę i pojawiła się następna wątpliwość, bo jak mógł mnie bocian wrzucić do komina? Przecież spadłabym na rozgrzaną płytę pieca i usmażyłabym się.
    - Nie, nie- powiedziała babcia- wtedy akurat nie paliło się w piecu, więc wykąpaliśmy cię, bo cała byłaś czarna od sadzy i położyliśmy do kołyski.
    I znowu chwila na przetworzenie danych w kilkuletniej główce i następna wątpliwość. Jak to bocian? Przecież w lutym nie ma bocianów, one na zimę odlatują do ciepłych krajów.
    Tu cierpliwość babci się skończyła, bo powiedziała tylko, że to chyba był jakiś zabłąkany bocian i poszła do swoich zajęć, a ja uznałam, że trzeba będzie wrócić do tematu w odpowiednim czasie, bo te klocki nie składają się w całość.
    To było ponad pół wieku temu. Wtedy nikt nie tłumaczył dzieciom zawiłości związanych z poczęciem i narodzinami. Dzieci przynosiły bociany albo znajdowało się je w kapuście. Zimą również i koniec, kropka. Takie tłumaczenie wystarczało na jakiś czas, potem bywało różnie, najczęściej rozwiązanie tej zagadki podsuwała starsza koleżanka lub siostra, która już zdobyła praktyczne doświadczenie w tej kwestii i nie miała oporów, aby edukować młodszych.
    Świat mojego dzieciństwa był prosty, spokojny, ciekawy i łatwy do akceptacji. Życie przebiegało w określonym rytmie, który dyktowały pory roku. Ludzie mogli liczyć na pomoc sąsiadów, nikt nie zamykał drzwi na klucz, bo ludzie nie mieli w domach skarbów, które kusiłyby złodzieja. Głodnego każdy nakarmił, biednego wspomógł, sobie nawzajem ufano, więc niejedne drzwi nie miały nawet zamka, o kluczu nie wspominając. Poza tym doskonale działał monitoring sąsiedzki, więc nic się we wsi nie ukryło.
    W tym klimacie wychowywało się dzieci. Uczono szacunku do starszych, poszanowania cudzej własności i dzielenia się z potrzebującymi. Te wartości wyniosłam z rodzinnego domu.
„Jestem taki, jaki jestem, dzięki temu, kim byłem”. – John Wayne 

 

Zapraszamy do kontaktu. Będzie nam bardzo miło porozmawiać z Wami. 

 

celina.wasilewska63@gmail.com 


nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)  można na Whatsapp



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse
oraz na naszą grupę na FB  Gruzja i my


wtorek, 29 listopada 2022

Cztery pory roku we wspomnieniach

 


    Wychowałam się na wsi, na Podlasiu, tuż przy granicy z ZSRR, teraz Białorusią. To były czasy, kiedy przez naszą wieś przejeżdżał jeden samochód na dzień, na drogach nie było asfaltu, tylko główna droga miała asfalt i to było centrum tej niewielkiej podlaskiej wsi.

    Nikogo nie dziwiły krowie placki na drogach, nikomu nie przeszkadzało szczekanie psów czy pianie kogutów o świcie. Te dźwięki były wpisane w wiejski krajobraz, tworzyły z nim całość i ich się po prostu nie zauważało.

    Mieszkałam z babcią i dziadkiem, rodzicami mamy. Moi rodzice pracowali, dziadek również, ale babcia prowadziła dom i mogła się mną, a potem też moim bratem zajmować. Czas mojego dzieciństwa był na wszelki sposób beztroski i magiczny. Nie było wtedy telewizora, nie wspominając o komputerze czy telefonie. Był we wsi jeden telefon u sołtysa i dużo czasu upłynęło zanim w niektórych domach zaczęły się pojawiać telefony.

    Ludzie żyli bez wielu udogodnień, żeby porozmawiać musieli się spotkać. Społeczność naszej wsi znała się od wielu pokoleń, bo Podlasie, to taki region, gdzie ludzie żyli z dziada pradziada, gdzie na cmentarzu 1 listopada odwiedzało się groby prapraprzodków i nie trzeba było jeździć na kilka cmentarzy.

    Ja, moja mama, babcia, prababcia i praprababcia urodziłyśmy się niemal w jednej miejscowości. Dalej nie udało mi się sięgnąć, ale pewnie wcześniejsze pokolenia też pochodziły z tego regionu. I tak było w prawie każdym domu. Stąd pewnie u mnie tak wielki sentyment do Podlasia i w każdym miejscu na świecie, które choć w niewielkim stopniu przypomina mi te klimaty, będę się czuła, jak w domu.

    Pory roku odmierzały czas i każda była piękna.

    Wiosna pachniała bzem i jaśminem, które rosły bujnie wokół domu dziadków. Kiedy otworzyło się okno, to zapach jaśminu wdzierał się do pokoju i powodował u babci ból głowy, a ja ten zapach kocham do dzisiaj.

    Dziadkowie mieli niewielki sad. Było w nim kilka jabłonek, śliwek, jedna grusza, jedna czereśnia i wiśnie. Zawsze wiosną nie mogłam się doczekać pierwszych czereśni. Byłam szybsza od szpaków, które namiętnie zjadały wiśnie i czereśnie. Pamiętam też, jak jednego roku obrodziły śliwki. Owoce były duże i słodkie, jak miód. Spadały z drzew, nie nadążaliśmy ich jeść ani przerabiać. Pomagali nam w tym znajomi i sąsiedzi. Smak tych śliwek został ze mną do dzisiaj, nigdy jednak nie jadłam już tak dobrych owoców.

    Wszystkie drzewa owocowe rosły, jak chciały. Nikt ich nie przycinał, więc czasem, aby zerwać owoce, trzeba było się dobrze nagimnastykować.

    Dziadek przygotowywał skrzynie z sianem, do których układał jabłka, ale tylko te, które nie były w żaden sposób naruszone, bo tylko one mogły leżeć w tym sianie prawie do wiosny. Skrzynie dziadek ustawiał na strychu i sukcesywnie w czasie zimy przynosił nam świeże i pachnące jabłka.

    Pamiętam nawet odmiany, były to słodkie kosztele, aromatyczne złote renety i wytrawne antonówki. Była też jedna papierówka, ale te jabłka dojrzewały wczesnym latem jako pierwsze i szybko się je zjadało, bo nie nadawały się do przechowywania.

    W sadzie był też malutki malinowy zagajnik. A te maliny, to najpyszniejsze maliny, jakie jadłam w życiu. Małe, czerwone, słodkie i pachnące. A zimą, kiedy dopadało mnie lub brata przeziębienie, babcia łamała kilka malinowych gałązek, robiła z nich wywar i dawała nam go do picia posłodzony miodem. I powiem tak, takiego efektu pocenia się, jak po babcinej herbatce z malinowych gałązek nie osiągnie się niczym. Ale za to na drugi dzień człowiek się czuł, jak nowo narodzony.

    Wiosną sad pachniał kwitnącymi drzewami i brzęczał rojem pszczół, które uwijały się wśród kwiatów, jakby wiedziały, że czas ucieka.

    Lato pachniało sianem i ziołami. Pachniało też świeżym koperkiem i szczypiorkiem z ogrodu, ogórkami i rzodkiewką. Słoneczne dni cieszyły aromatem owoców i maciejki, którą babcia siała każdego roku blisko domu. Dojrzewały zboża na polach, w lasach pojawiały się grzyby. Każdego wieczora szłam z babcią do sąsiadów po świeże mleko. Smak mleka prosto od krowy również mam w swoim zapachowo- smakowym sejfie. Piłam takie mleko z przyjemnością, a zacierki, które babcia gotowała na kolację, to dopiero był sztos. I tak, wyrosłam na zdrową i całkiem do rzeczy kobietę. Nie zrobiło mi żadnej krzywdy świeże mleko prosto od krowy, ani solidna porcja mąki każdego dnia w postaci klusek, chleba czy innych specjałów. Ale to wszystko rosło bez nawozów sztucznych, krowy każdy dzień od wczesnej wiosny do późnej jesieni spędzały na łące, więc i jedzenie było smaczne i chyba nie zrobiło mi żadnej krzywdy.

    Lato spędzałam głównie na dworze, biegając z koleżankami, kolegami, grając w piłkę, gumę i inne popularne wówczas gry.

    Jesień zaś przychodziła zaraz po wykopkach. Pachniała ogniskiem z kartoflisk i liśćmi, które poddawały się bezwolnie procesowi rozkładu. Dni robiły się krótkie, wieczory się wydłużaly. Oczywiście jesień, to też zapach szatkowanej kapusty, która potem kisiła się w dużej beczce. A słodkie głąby z kapusty to przysmak, który był najlepszy właśnie w tym okresie. Jesienią świat jakby usypiał, życie zwalniało, można było spotkać się z sąsiadami, znajomymi, a ja w czasie tych spotkań słuchałam opowieści dorosłych o tym, co, gdzie i kto z kim. To dopiero były harlekiny i sensacje, kryminały i komedie. Dorośli nie bardzo zwracali uwagę na to, czy dzieci coś rozumieją z tego, co oni mówili, a dzieci rozumieją, dużo rozumieją.

    Zima najczęściej zaczynała się w grudniu, czasem na początku listopada. Zamroziło, zasypało śniegiem i trzymało do końca marca. I nie było zmiłuj, zima, to zima. Pachniała zamrożonym praniem na strychu, dymem z kominów, świętami, wędzonką i drożdżowym ciastem. Największą frajdą zimy był śnieg. Pamiętam zasypane płoty, krajobraz stepowy, gdzie mroźny wiatr unosił śniegowe wydmy i przesuwał je to tu, to tam. Pamiętam zaszronione drzewa i krzewy, wszystko białe, aż w oczy szczypało. Pamiętam ciepło kaflowego pieca i pomalowane mrozem szyby okien. To była magia, której potem nigdy już nie doświadczyłam.

    I przychodziła kolejna wiosna po zimie. Mijał rok, potem kolejny i kolejny. Każdy następny był jakby szybszy, jakby krótszy. Przybywało wspomnień, ludzi, wydarzeń, ale ubywało magii, smaku i zapachu.

    Czasem sobie myślę, że jestem szczęściarą, bo mogłam tego wszystkiego doświadczyć, posmakować, dotknąć, być wewnątrz tej bajki.

    Żyjąc teraz w Gruzji mam wrażenie, jakbym chwilami cofała się do świata mego dzieciństwa i chociaż jest to namiastka tego klimatu, to wciąż wywołuje uśmiech, wspomnienia, powoduje, że robi się ciepło na sercu.

    „Wspomnienia wplątują się w myśli, a nocami wkradają do snów. Mogą trafić wszędzie lub gdziekolwiek, podróżują z tobą, nawet niezaproszone, nigdy się nie starzeją i nie zwalniają, abyś zdołał zostawić je za sobą.”- Marika Cobbold „Polowanie na motyle”

czwartek, 22 września 2022

Trochę o moim dzieciństwie

 

    Urodziłam się 1 lutego 1963 roku na podlaskiej wsi tuż przy wschodniej granicy. Zima była mroźna, śnieg padał tak długo aż było go wyżej płotów.

    Każdego ranka widać było dym unoszący się z kominów drewnianych domków. W jednym z takich domów mieszkali moi dziadkowie, rodzice mamy. W ich domu przyszłam na świat, na łóżku stojącym przy ścianie, której większość stanowiły kafle pieca. Materac na łóżku był wypełniony sianem, a poduszka pierzem.

    Urodziłam się o dziesiątej rano. Trochę pokrzyczałam i zaczęło się zwyczajne życie.

    Mama chciała dać mi na imię Brygida, ale babcia z miejsca zaprotestowała. Nie dało się według niej zdrobnić ładnie takiego imienia. I tym sposobem dostałam egzotyczne wówczas imię Celina.

    Żadnych odstępstw od normy z moim przyjściem na świat nie stwierdzono i zarejestrowano mnie w urzędzie jako obywatelkę, która powiększyła stan ludności niewielkiej przygranicznej wsi.

    Wieś nie była specjalnie duża, ot, dwie ulice na krzyż, kościół, gospoda, sklep spożywczy i dom kultury. Był też posterunek milicji, cerkiew, dworzec kolejowy i szkoła podstawowa. Całkiem nieźle, jak na niewielką wieś.

    Pierwszych lat życia nie pamiętam i konia z rzędem temu, kto pamięta. No, może jakieś drobne fragmenty, bardziej lub mniej magiczne, ale utkwiły w mojej pamięci jakimś cudem.

    Najbardziej oddalony czasowo wycinek z życia, to wieczór w domku dziadków, ja w kołysce, takiej wiklinowej, zrobionej przez miejscowego artystę, który wiklinowe gałązki zamieniał w piękne przedmioty codziennego użytku. Były to kołyski, kosze na ziemniaki, kosze na zakupy czy owoce, niewielkie meble. Leżałam więc w takiej kołysce, a w plecy uwierały mnie okruchy chleba, którego kawałek dostałam od babci. Tak, tak, chleba, nie ciasteczka czy innego smakołyku, tylko zwykłego, domowego chleba, który raz na tydzień wypiekała moja babcia.

    I chociaż te okruchy chlebowe bardzo mnie uwierały, to próbowałam mimo wszystko zasnąć. Miałam wówczas trzy, może cztery lata, a może mniej, nie wiem. To był magiczny czas, wypełniony rozmowami babci i mamy, w których wyraźnie rzeczywistość mieszała się z magią, gusłami, wyobraźnią przyprawioną wierzeniami w przeróżne, dziwne zjawiska. Kiedy dzisiaj oglądam „Chłopów” czy „Konopielkę”, to czuję ten właśnie klimat. Wtedy, będąc dzieckiem, słuchałam historii z pogranicza baśni.

    Wyobraźcie sobie kilkuletnie dziecko karmione opowieściami o duchach, zjawach, dziwnych zjawiskach, które były po raz kolejny interpretowane na miarę wiedzy i okraszone przypuszczeniami z dodatkiem religii.

    Rosłam w klimacie magii, guseł, niewiarygodnych historii i opowieści.

    Pamiętam wizytę u szeptuchy, kobiety, która znała różne sposoby na zaklinanie rzeczywistości. Przestraszył mnie wówczas pies sąsiadów. Moja babcia była tego świadkiem, a że znała szeptuchę i wierzyła w jej możliwości, więc jeszcze tego samego wieczora mnie do niej zabrała. Nie żebym miała symptomy jakiejś choroby po tym, jak się przestraszyłam tego psa, ale na wypadek, gdyby ten stres spowodował u mnie jąkanie się, trzeba było to odczynić.

    Pamiętam, jak szeptucha postawiła mnie do metalowej miski, w której była woda. Potem okadzała mnie jakimiś ziołami, a na koniec wrzucała te zioła do wody, w której stałam. Szeptała przy tym jakieś zaklęcia.

    Nie wiem, czy to zasługa szeptuchy, czy nie, ale nigdy się nie jąkałam ani nie miałam żadnych problemów z mówieniem. I chociaż byłam wówczas kilkuletnim dzieckiem, to atmosferę tych chwil pamiętam, jakby to było wczoraj.

    W domu moich dziadków zawsze pachniało suszonymi ziołami. Pod drewnianym sufitem wisiały ziołowe wianki, które każdego roku plotłyśmy z babcią na święto Matki Boskiej Zielnej. Potem babcia szła z tymi wiankami i ze mną do kościoła, gdzie w trakcie nabożeństwa ksiądz święcił zioła przyniesione przez wiernych.

    Ludzie wierzyli, że od tego momentu ziołowe wianki i bukiety nabierały magicznych właściwości. Wieszali je w domach i to była ich polisa ubezpieczeniowa od wszelkiego nieszczęścia. Była to również apteczka pierwszej pomocy, ponieważ zioła, które zostały poświęcone w kościele, miały podwójną moc działania.

    Zioła zbierałam z babcią i to ona nauczyła mnie z nich korzystać. Babcia pokazała mi pokrzywę, babkę zwyczajną, piołun, krwawnik, pięciornik gęsi, rumianek, cykorię i kilka innych. Nauczyła mnie z nich korzystać. Wtedy, będąc dzieckiem, niewiele rozumiałam, ale zioła znalazły miejsce w moim sercu.

    Magiczna w moim dzieciństwie była zima. Na szybach mróz malował tak cudne obrazy, że nie da się tego opowiedzieć. Siadałam przed oknem i wymyślałam różne historie, znajdowałam na szybach przeróżne rośliny i dziwne zwierzęta.

    To były czasy, kiedy nie było telewizorów, komputerów czy telefonów. Telewizory i telefony były, ale nie w naszej wsi. W domu moich dziadków było coś na kształt radia, niewielka skrzynka, do której był podłączony kabel i można było posłuchać piosenek, audycji, wiadomości.

    Babcia była fanką słuchowiska „W Jezioranach”. Siłą rzeczy ja również trochę słuchałam. To też była magia, aczkolwiek w innym wymiarze.

    W domu dziadków był wtedy piec kaflowy z dużym, chlebowym piekarnikiem. Babcia raz w tygodniu robiła ciasto chlebowe w wielkiej drewnianej dzieży. W całym domu pachniało najpierw chlebowym ciastem, a potem świeżutkim chlebem. Babcia dawała nam po kawałku tego chleba zamoczonego w wodzie i potem w cukrze. O mamuniu, co to był za rarytas!

    Życie wtedy było na swój sposób prostsze od dzisiejszego. Rytm wyznaczały pory roku, wschód i zachód słońca i tak, jak w „Nocach i dniach” były noce i dnie i były też niedziele.