piątek, 24 czerwca 2016

Nasza Gruzja, Na początku drogi do Gruzji- część III





Obudziłam się rano. Pamiętałam gwiazdy na niebie, które zaglądały do naszego pokoju przez okno. Było cicho, przytulnie i w końcu u siebie. Nie mieliśmy łóżka, spaliśmy na materacu na podłodze, ale i tak cieszyliśmy się ze swojego kącika. Nasz pokój był wykończony, łazienka również. Można było skupić się na dalszej pracy.

Brakowało nam tyko gazu do normalnego życia. W związku z jego brakiem nie mieliśmy też ciepłej wody. To jednak nie było specjalnie uciążliwe, ponieważ zaczęły się upały. Kupiliśmy elektryczny czajnik, aby można było zrobić herbatę czy kawę. Upały stawały się coraz większe i tak naprawdę odczuwaliśmy jedynie brak lodówki. Nie mogliśmy jej jeszcze kupić, bo trzeba było najpierw wykończyć kuchnię.

Roboty remontowe postępowały powoli. Szpachlowanie, malowanie, glazura, terakota, tynki na zewnątrz. Czasami pogoda krzyżowała nam plany. Kilkudniowy upał zakończył się pewnego wieczoru burzą i potężną ulewą. Nasze nieotynkowane ściany przemokły i trzeba było potem czekać z położeniem szpachli, aż wyschną.

- W takim razie skupcie się teraz na kuchni, bo przecież trzeba w końcu ten remont zakończyć- poleciłam robotnikom.

- Musimy w takim razie wynieść materiały z kuchni, aby można było cokolwiek tu robić- zdecydowali i powoli zaczęli wynosić wiadra, kartony, swoje narzędzia, które były wszędzie i płyty OSB przeznaczone na podłogi. 

Zagracili tym wszystkim pomieszczenie przeznaczone na jeden z pokoi dla gości. Kuchnia zrobiła się duża i przestronna. 

- To my dzisiaj poszpachlujemy ściany i przygotujemy je do malowania- zameldowali.

- Dobrze, ale we czterech będziecie szpachlować ściany w jednym pomieszczeniu?- zapytałam zdumiona.

Spojrzeli na mnie maślanymi oczkami i już wiedzieli, że nie przejdzie im numer z jednym pracującym i trzema kibicami.

- A dlaczego nie chcecie położyć tapet?- zapytał jeden z nich.- U nas teraz modne są tapety, takie kolorowe.

- Nie chcemy tapet, bo potem jest problem z ich wymianą, a poza tym te, które widziałam w sklepie nie podobały mi się- odpowiedziałam.

- A, bo to trzeba pojechać do Tbilisi. Tam jest duży wybór i dobra jakość. A tapety są lepsze od farby. Wszyscy kładą tapety.

- Tak, wiem. Gdziekolwiek nie byliśmy, wszędzie widzieliśmy ciemne, wzorzyste tapety, położone niedbale, w niektórych miejscach się odklejały- trochę mnie już wkurzało tłumaczenie tego samego w kółko.

- Bo jak my byśmy położyli, to byłoby super i nic się nie odklei- ciągnął temat jeden z nich.

- Myślę, że teraz powinniście się skupić na tym, żeby szpachla nie odpadła, a temat tapet uważam za zamknięty- zakończyłam.

Dwóch wzięło się do pracy, natomiast pozostałym dwóm poleciłam uporządkować najpierw swoje narzędzia i przygotować kolejne pomieszczenie do szpachlowania. Potem jeden z nich miał się zająć sporządzeniem szalunku do schodów.

Zabrali się do pracy, a my poszliśmy do sąsiadów. Mieli oni kilka pokoi dla turystów i powoli ogarniała ich gorączka zapełnienia tych pokoi gośćmi. Zaoferowałam swoją pomoc, bo przyjeżdża tu dużo ludzi z Polski, więc dla mnie łatwo było przekonać ich do zatrzymania się właśnie u naszych sąsiadów. W ten sposób zyskali sporo turystów, a dla mnie był to swego rodzaju przedsmak tego, co niedługo miało stać się prawie codziennością. Oczywiście sąsiedzi dziękowali, opowiadali gościom o naszej przyjaźni i zapewniali, że zawsze już tak będzie. My traktowaliśmy te słowa z dystansem, ale wierzyliśmy we wspólną pracę i przyjaźń. Nie stanowiliśmy dla nich konkurencji z trzema pokojami dla turystów. Oni mieli zdecydowanie więcej i istnieli jako guesthouse dużo dłużej. Czy nasza przyjaźń przetrwała próbę i jak wygląda teraz? O tym i o przyjaźni w Gruzji jeszcze napiszę, bo nie chcę wyprzedzać faktów.

Traktowaliśmy nasze wspólne plany jako umowę dającą obopólne korzyści. Oni mieli już wypracowaną pozycję, co było korzystne dla nas- świeżaków, a my mogliśmy zyskać wielu gości z Polski, co było korzystne dla nich. 
 
Uzdrowiciel na osiołku- Sighnaghi
Polacy tłumnie odwiedzają Gruzję. Trzy lata temu też byliśmy turystami, którzy przylecieli do Gruzji. Po dwudniowym pobycie w Sighnaghi postanowiliśmy pojechać do Telavi. Plan zakładał krótki pobyt w tym mieście i potem chcieliśmy ruszyć do Shatili. Patrząc na mapę Gruzji, to nie było daleko, a i droga jakaś przez góry przechodziła więc założyliśmy, że skoro na mapie jest żółta droga, to przejazd będzie sprawny.
Rano marszrutką dojechaliśmy do Telavi. Dostaliśmy od gospodarzy w Sighnaghi namiar na nocleg i znowu nasze zdumienie, bo w Telavi czekał już na nas kierowca, który miał nas odtransportować pod otrzymany w Sighnaghi adres. Z powodu upału nie chcieliśmy szukać nic innego i ochoczo wsiedliśmy do taksówki. Dom, w którym zatrzymaliśmy się na dwie noce znajdował się w centrum, a gospodyni była bardzo miła. Wszyscy nasi gospodarze byli mili, choć nie wszyscy podnosili swoją atrakcyjność kieliszkami wina lub czaczy. My chcieliśmy poznać kraj i ludzi i nie zależało nam na wątpliwym poprawianiu nastroju wiecznymi imprezami. Owszem, od czasu do czasu był to fajny przerywnik intensywnego zwiedzania.

Niemal wiekowy platan w Telavi


Wtedy nie zastanawialiśmy się nad tym, że przecież gospodarz, który niemal codziennie serwuje dla swoich gości alkohol, musi mieć stalową wątrobę. Goście się zmieniają, a tacy gospodarze tkwią tam cały czas, zapraszając do wznoszenia toastów. Dzisiaj widzimy, że jest to wielki problem tych ludzi i mimo, że nie upijają się do odcięcia świadomości, to jednak piją regularnie. My cieszyliśmy się z pierwszej gruzińskiej imprezy, bo chcieliśmy poznać tradycje, ludzi, opowiadaliśmy o tym, jak o jednorazowym wydarzeniu, które przez przypadek, jak wtedy myśleliśmy, stało się naszym udziałem. Była biesiada, sporo jedzenia, jeszcze więcej wina i czaczy. A nikt nie pije tu wina małymi łyczkami, delektując się nim. Tu wlewa się w siebie całe kieliszki, a raczej szklaneczki o pojemności około 100 gr. Wino pije się jak wodę, a czaczę- bimber z wytłoczyn winogronowych- pije się bez zapijania. Czasami wino pije się na wyścigi, z podwójnych czarek, z ceramicznych dachówek, z rogów. Wówczas należy pić do dna, aby nie obrazić gospodarza. Ot, taka tradycja!

W Telavi było spokojnie. Nikt nie chciał nam imponować nadmiarem alkoholu. Miasto mało ciekawe i gdyby nie to, że chcieliśmy przez góry dotrzeć do Shatili, to pewnie Telavi zostałoby przez nas pominięte.
Nasza sympatyczna gospodyni zapytała nas o plany i zorganizowała nam na jeden dzień kierowcę, z którym pojechaliśmy zobaczyć monastyr Alaverdi, akademię Ikalto i winnice. Wróciliśmy późnym popołudniem i poszliśmy zobaczyć miasto. Jedna główna ulica, brzydkie budynki, brak knajpek, od kilku lat zamknięty dla turystów zamek w remoncie. Jedyną atrakcją był prawie 1000- letni platan. Ładnie też widać było Kaukaz. Miasto nas rozczarowało. 

Ech, gdybyśmy wiedzieli, że aby dojechać do Shatili, to trzeba się znowu cofać do Tbilisi, nie jechalibyśmy tam dwa dni. Ale i nie poznalibyśmy naszego najlepszego przyjaciela w Gruzji. Jednak o tym w następnej części.

 
Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/


Cdn.

czwartek, 9 czerwca 2016

Nasza Gruzja, Na początku drogi do Gruzji- ciąg dalszy




Patrzyłam na dom i wyobrażałam sobie, jak będzie wyglądał po remoncie. Tak! W styczniu 2015 roku kupiliśmy dom w Sighnaghi. Nie był duży, składał się z trzech pomieszczeń, z których środkowe było największe. Ściany miał grube na pół metra, między pomieszczeniami oprócz drzwi były również okna. Po co? Nie wiem.

Na ścianach kolorowe, mocno wzorzyste tapety, pokryte pajęczyną i wieloletnim kurzem, krzyczały do nas:
- Pomóżcie nam! Odnówcie nas albo schowajcie przed światem! 

Drewniane podłogi skrzypiały swojsko przy każdym kroku, a wielkie okna patrzyły na nas dziurami w szybach.

- Jak my sobie z tym remontem damy radę?- zapytałam Piotra.- Tu jest tyle roboty, że to aż przeraża!

- Jak już się zdecydowaliśmy zmieniać nasze życie, to musimy brnąć dalej. Nie ma odwrotu, klamka zapadła- odrzekł Piotr zamykając skrzypiące drzwi z wielką, metalową klamką.



Tak, to był nasz wybór i musimy przejść przez trudy remontu domu, aby móc w końcu robić to, o czym marzyliśmy. 

Nasze marzenia stawały się powoli rzeczywistością. Były zwykłe, osiągalne. Powstały podczas drugiego pobytu w Gruzji. Pojawiły się nagle i stały się czymś, czym zaczęliśmy żyć. 
Zamarzył się nam dom w Gruzji z pokojami gościnnymi dla turystów. I staliśmy teraz w naszym domu w Gruzji i planowaliśmy remont, robiliśmy projekt, kalkulowaliśmy wydatki.

W planach były trzy pokoje gościnne. Cały dom składał się z trzech pomieszczeń. Mało! Trzeba rozbudować, tylko w którą stronę, a może do góry?

Pomysł dobudowania piętra upadł bardzo szybko. Dlaczego? Zbyt duży koszt, skomplikowana praca. Trzeba byłoby zdjąć dach, wzmocnić strop, spiąć całość opaską betonową i pociągnąć piętro. Potem dobudować taras, schody i wszystko pochłonęłoby całą gotówkę przeznaczoną na remont.

Druga wersja, to dobudowanie dwóch pomieszczeń. Straciliśmy w ten sposób ogród, ale zyskaliśmy duży taras. 

Ruszyły prace. Początek, to fundamenty pod nowe pomieszczenia. Dwie wywrotki ziemi, gruzu i wszystkiego, co trafiło pod szpadle wyjechały z naszego ogrodu.

W międzyczasie kupiliśmy materiały budowlane, cement, bloczki, piasek i inne tego typu rzeczy. Robotnicy nieśpiesznie pracowali, a my planowaliśmy kolejność prac i zakupów. 

Nie było w naszym domu instalacji wodnej, kanalizacyjnej, gazowej. Należało sporządzić plan, według którego będzie wszystko robione. 

Najpierw kupiliśmy to, co było potrzebne do założenia centralnego ogrzewania. Piec, grzejniki, rury, zawory i znaleźliśmy fachowca, który nam to w odpowiednim czasie zamontuje. A kupić wszystko nie było wcale tak łatwo. Trzeba po poważniejsze materiały pofatygować się do Tbilisi. Wprawdzie w okolicy Sighnaghi są sklepy z materiałami budowlanymi, ale ani jakość, ani wybór nie sprostał naszym oczekiwaniom. Mogliśmy tam zaopatrzyć się w bloczki, deski, wkręty czy cement, jednak taka poważna rzecz, jak piec do gazowego centralnego ogrzewania, to tylko w Tbilisi. I choć wielu sąsiadów twierdziło, że centralne ogrzewanie nie będzie nam potrzebne, my się uparliśmy, aby je zrobić. Dzisiaj wiemy, że to była słuszna decyzja. Wiemy także, że rady sąsiadów miały swój cel, ale o tym w dalszej części.

Tbilisi jest stolicą Gruzji. Miasto, gdzie życie biegnie dużo szybciej niż w naszym Sighnaghi. Jest tam tłoczno, głośno, wszędzie sklepy, sklepiki, bazary. Wysokie budynki sąsiadują z niewielkimi kamienicami, które swoje lata świetności mają już dawno za sobą.

Most zwany podpaską


Pierwszy raz przyjechaliśmy do Tbilisi pod koniec czerwca 2013 roku. Nocny pociąg z Batumi o siódmej rano wjechał na dworzec kolejowy w stolicy. Wysiedliśmy niedospani. Dworzec nie zrobił na nas dobrego wrażenia. Stary, niezadbany, prosty. Wyszliśmy na zewnątrz, chcieliśmy dojechać do centrum, do miejsca, w którym mieliśmy nadzieję wynająć pokój.

Podszedł taksówkarz, zaproponował za przyzwoite pieniądze kurs do centrum, więc pojechaliśmy. Nocleg udało się znaleźć bez problemu. Mieliśmy kilka dni na pobyt w tym mieście. Potem czekał nas powrót do Polski.

Zwiedziliśmy wszystko, co mieliśmy w planie. Widzieliśmy muzeum etnograficzne, Mtacmindę, ulicę Rustaveli i okoliczne muzea, wjechaliśmy na górę, gdzie znajduje się pomnik Matki Gruzji.
W upalne wieczory spacerowaliśmy uliczkami starego miasta, chłonęliśmy ich klimat, zapachy z licznych knajpek, rozmowy ludzi i muzykę.

Odwiedziliśmy bazar przy suchym moście, który był zwykłym, a zarazem niezwykłym pchlim targiem, pełnym przedmiotów pamiętających czasy Związku Radzieckiego i wcześniejsze. Dla kolekcjonerów staroci to miejsce, gdzie można trafić na prawdziwe perełki. Stare monety, sztućce, widokówki, aparaty fotograficzne, flagi, proporce, ceramika, obrazy i wiele innych rzeczy, również współczesnych. A wszystko rozłożone na chodnikach, prowizorycznych stoiskach, na trawnikach. 

Stolicę dzieli rzeka Kura. Płynie leniwie przez miasto, spięta kilkoma mostami. Jeden z mostów nazywany jest przez mieszkańców podpaską. Jest to pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi do głowy po ujrzeniu mostu. Łączy stare miasto z parkiem pokoju i jest jednym z wielu przykładów, jak nie dba się tu o wygląd całości, jak miesza się style nie pasujące do siebie. To taki ślepy pęd do europejskości, krzyk:

- Spójrzcie, jacy jesteśmy nowocześni, mamy nowoczesne budowle!

Fakt, że wyrastają one wśród starych, niejednokrotnie zabytkowych kamienic jak pryszcz na czole, tutejszym architektom ani władzom nie przeszkadza. Przybyszów z innych krajów i niektórych mieszkańców jednak takie rozwiązania rażą. Uciekają oni zatem w góry lub nad morze, albo w miejsca, gdzie można znaleźć prawdziwą Gruzję, gdzie życie zwalnia, a ludzie chętnie opowiadają swoje historie.

A mają co opowiadać. Szczególnie starsi mieszkańcy Gruzji, którzy borykali się z trudami życia w jednej z republik sowieckich, a teraz muszą radzić sobie z mikroskopijną emeryturą w wysokości 160 lari miesięcznie. Mimo, że cieszą się z wolności i niepodległości, to z sentymentem wspominają czasy, kiedy Gruzja była republiką wschodniego mocarstwa, które zapewniało im pracę i godziwe zarobki czy emeryturę.
Po upadku Związku Radzieckiego runął system emerytalny, a raczej zniknął, bo przecież nie był to gruziński system. Ludzie zostali z niczym, bez pracy, pieniędzy i perspektyw na przyszłość. Wszystko, co było cokolwiek warte, trafiło do Rosji. Gruzini, którzy mieszkali na terenie Rosji musieli zdecydować, jakie obywatelstwo chcą posiadać. Kto nie chciał zrzec się obywatelstwa gruzińskiego musiał wyjechać z Rosji. Kto przyjął obywatelstwo rosyjskie, musiał zrezygnować z gruzińskiego. Innego wyboru nie było.

Oczywiście to wszystko powiedziane jest w wielkim skrócie, bo ludzie przeżywali wówczas osobiste tragedie. Rodziny zostały po obu stronach granicy bez możliwości kontaktu. W Gruzji brakowało żywności, prądu, gazu. W to wszystko zaopatrywał ich Związek Radziecki. Potem odcięto kraj od podstawowych rzeczy potrzebnych do życia.

- W naszym domu jest teraz tak, jak w tamtych czasach- powiedziałam do Piotra.- Nie mamy gazu, wody. Dobrze, że prąd jest.

- Poradzimy sobie i szybko nasz dom będzie gotowy do zamieszkania- odpowiedział.

Nasze „szybko” nijak miało się do gruzińskiego. Tu nikt się nie śpieszył. Ważny był dzień dzisiejszy, a jutro się zobaczy. I wciąż tak jest, a jedyną odpowiedzią na problemy jest:

- To jest Gruzja!

Mam wrażenie, że ludzie chcieliby żyć w poprzednim systemie ale w niepodległym kraju. Wtedy nie musieli za dużo myśleć, system myślał za nich, ani się starać, bo wszystko dostawali prawie za bezcen. Skutek jest taki, że system ich jakby rozleniwił. 

Nasi pracownicy mieli płacone za wykonaną pracę. Ten sposób działa w Polsce tak, że robotnicy chcą zrobić  swoje jak najszybciej i przejść do następnej pracy. W Gruzji robotnikom się nie śpieszy. Oni jakby delektują się tym, że mają pracę. I pracowali również w soboty i niedziele, co nas zaskoczyło. Nie chcieli wolnych weekendów, chociaż im proponowaliśmy. Jednak po kilkunastu dniach ciągłej, acz nieśpiesznej pracy sami prosili o dzień lub dwa wolnego.

- Ten remont nigdy się nie skończy. Albo brakuje materiałów, albo chęci do pracy u naszych ludzi- narzekałam.

- Zakładam ubranie robocze i będę pracować z nimi. Może wtedy przyśpieszą- zdecydował Piotr.

- Co on robi?- zapytał zaprzyjaźniony sąsiad, u którego mieszkaliśmy.

- Bierze się do roboty. Przecież nie jesteśmy na wakacjach- odrzekłam.

Popatrzył na mnie zdumiony, a mnie wydawało się, że coś mu w tej Piotra decyzji przeszkadza. Przeczucie mnie nie myliło. Po wielu miesiącach fakty złożyły się w całość.

Piotr pracował z robotnikami, pomagał im, jednocześnie kontrolując postęp i jakość pracy. Widać było postępy i to nas cieszyło najbardziej.

Mieszkaliśmy u zaprzyjaźnionych sąsiadów. Zbliżał się sezon turystyczny i chcieliśmy szybko zakończyć prace w naszym domu oraz zwolnić pokój u sąsiadów, bo oczekiwali turystów.

W końcu udało się wykończyć jeden pokój i łazienkę w naszym domu i mogliśmy zamieszkać u siebie. Byliśmy wtedy w Tbilisi, gdy zadzwonił telefon.

- O której wracacie?- pytał sąsiad, u którego mieszkaliśmy.

- Siedzimy właśnie w marszrutce. Za 1,5 godziny będziemy. Czy coś się stało?- byłam zdziwiona jego telefonem. Nigdy wcześnie nie dzwonił z takim pytaniem.

- A, bo dzwonili turyści i niedługo będą, a wy mieliście dzisiaj zwolnić pokój- wyjaśnił.

- Aha, o to chodzi. Jak wrócimy, to szybko przeniesiemy nasze rzeczy do siebie. Dużo tego nie ma więc pójdzie sprawnie.

- Dobrze, to czekamy- powiedział zadowolony.

Wysiedliśmy z marszrutki w Sighnaghi i szybko poszliśmy do domu po swoje rzeczy. Turyści właśnie przyjechali, więc trzeba było się śpieszyć. Pomogli nam nasi pracownicy i tak 6 maja 2015 roku zamieszkaliśmy w naszym domu w Gruzji.

 Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/

Cdn.

wtorek, 7 czerwca 2016

Nasza Gruzja, Na początku drogi do Gruzji.


Często powtarzające się pytania naszych gości o powód zamieszkania w Sighnaghi i w ogóle w Gruzji skłonił mnie do opisania jeszcze raz naszej wędrówki do stanu obecnego. Nie będzie to relacja turystów zawierająca namiary na noclegi, podpowiadająca, co warto zobaczyć. Będą to nasze emocje, nasz punkt widzenia, nasze wrażenia z perspektywy lat i doświadczeń, zarówno jako turystów i jednocześnie mieszkańców tego kraju. Niektóre fakty poukładały się w całość, inne straciły na znaczeniu, a jeszcze inne zyskały nowy wymiar.
Posty będą cykliczne, teraźniejszość będzie nawiązywać do przeszłości. Czy uda się przekazać wszystkie uczucia związane z zamieszkaniem w Gruzji? Czas pokaże.
Zatem zaczynajmy!





Bilety na lot do Gruzji kupiliśmy w marcu. Ruszaliśmy 1 czerwca 2013 roku. Plecaki spakowane, kolejna podróż w nieznane, bez rezerwacji noclegów, bez dokładnego planu. Tak po prostu Gruzja i już.

O czwartej rano czasu gruzińskiego wylądowaliśmy w Tbilisi. Ciepła noc skłoniła nas do czekania na pierwszy busik, zwany w Gruzji marszrutką, który odjeżdżał o siódmej. Wyszliśmy na zewnątrz. Było jeszcze ciemno, choć na wschodzie niebo powoli zaczynało się rozjaśniać.

Nagle wokół nas wyrósł tłum taksówkarzy oferujących „tani” transport do centrum Tbilisi. Nauczeni doświadczeniem z poprzednich podroży do Maroka czy Turcji, zdecydowanie odmówiliśmy. Odeszli zrezygnowani, ale co jakieś pół godziny któryś podchodził i ponawiał propozycję. My jednak dotrwaliśmy do siódmej w towarzystwie dwojga innych turystów z Polski.

Spędziliśmy w Gruzji miesiąc. Nocowaliśmy w kwaterach prywatnych, jedliśmy tam, gdzie jedli miejscowi, jeździliśmy transportem publicznym, zdarzyło się korzystać z taksówek oraz stopa.

Podziwialiśmy piękne, gruzińskie krajobrazy, poznawaliśmy ludzi, zarówno mieszkańców, jak i turystów.
Pierwszy dzień planowaliśmy spędzić w Tbilisi i na spokojnie zdecydować dokąd potem ruszymy. Jednak już w marszrutce z lotniska do centrum zmieniliśmy plany i postanowiliśmy jechać razem z poznanymi w samolocie Anią i Jurkiem do Sighnaghi. 

Wysiedliśmy w pobliżu stacji metra Isani i taksówką za 40 lari pojechaliśmy do miasta miłości. Rozglądaliśmy się po drodze, łapaliśmy szybko migające za szybą samochodu krajobrazy. Nie wyróżniały się one niczym szczególnym. Daleko w tle ośnieżone szczyty Kaukazu, a przy drodze pagórki porośnięte nieuporządkowanymi krzakami. Na razie nie była to Gruzja, jaką oglądaliśmy na zdjęciach w internecie.

Kierowca zapytał skąd jesteśmy. Gdy usłyszał, że z Polski, uśmiechnął się od ucha do ucha i głośno powiedział:

- Przyjaciele, byłem w Polsce. W Legnicy, w wojsku. Ładny wasz kraj i ludzie przyjaźni.

- A w innych miejscach Polski byłeś?- zapytał Jurek.

- Tak. W Krakowie, Wrocławiu, Warszawie. Kraków najbardziej mi się podobał.

- Bo Kraków jest piękny. Wszystkim się podoba- powiedziałam.

Potem nastąpiła chwila ciszy, po której kierowca, wciąż prowadząc samochód, sięgnął po telefon i gdzieś zadzwonił. Rozmawiał krótko po gruzińsku więc nic z tej rozmowy nie zrozumieliśmy.

Po godzinie skręciliśmy w prawo i zaczęliśmy wjeżdżać pod górę. Krajobraz nieco się zmienił, zrobiło się ciekawiej. Kiedy wjechaliśmy do miejscowości położonej wysoko na górze ujrzeliśmy po prawej stronie niewielkie góry aż po horyzont, natomiast po lewej w oddali dumnie prężyły swoje ośnieżone grzbiety góry Kaukazu. U ich stóp rozpościerała się dolina Alazani płaska jak stół. A przed doliną wyrosła góra z miasteczkiem na szczycie. Z daleka można było dojrzeć część murów obronnych miasteczka, kolorową fasadę budynków, które przycupnęły przy wąskich uliczkach. 

- To jest Sighnaghi, miasto miłości- powiedział kierowca.

- Jak tu pięknie- westchnęłam.

Soczysta zieleń, kolorowe budynki z koronkowymi, drewnianymi balkonami i ten Kaukaz w tle robiły niesamowite wrażenie.

I tak zauroczeni widokami dojechaliśmy do centrum, gdzie czekali na nas właściciele guesthousu, do którego, jak się później okazało, dzwonił kierowca taksówki. Zaproponowali nam nocleg u siebie za 40 lari za pokój. Trochę potargowaliśmy się i ostatecznie zostaliśmy za 35 lari. Gospodyni poczęstowała nas kieliszkiem białego i czerwonego wina oraz czaczy. Do tego dostaliśmy ser, który był przeraźliwie słony, chleb i konfiturę z derenia. Była też kawa i herbata. Jako bonus otrzymaliśmy zaproszenie na urodziny jednej z córek gospodyni. Dziewczynka kończyła dzisiaj 11 lat.

Zmęczeni nocnym lotem poszliśmy spać. Umówiliśmy się na popołudnie z Anią i Jurkiem na spacer po mieście.

Pierwsze godziny w kraju wina, w Kachetii, która jest kolebką tego trunku, upłynęły na odpoczynku i aklimatyzacji. Pogoda sprzyjała, było słonecznie i upalnie.

Obudziliśmy się po południu i pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji, ponieważ byliśmy bardzo głodni. Zamówiliśmy chinkali, duże pierogi w kształcie sakiewki, wypełnione mięsnym nadzieniem pływającym w rosole. Były pyszne, a może byliśmy zbyt głodni i wydawały się wówczas najlepszym daniem świata? Zjedliśmy słuszną porcję i poczuliśmy przypływ energii.

- Teraz mogę z głodnym porozmawiać- powiedział Piotr pijąc małymi łyczkami zimne, gruzińskie piwo. 

- O tak. To było to, czego potrzebowaliśmy. Chodźmy obejrzeć miasto- zaproponowałam.

Popołudniowe słońce mocno grzało kiedy szliśmy urokliwymi uliczkami miasta. Ciasno posklejane domki, wąskie uliczki, drewniane balkony, upał, wszystko to nadawało miastu swoistego, śródziemnomorskiego klimatu. Tylko morza nie było w pobliżu. Zamiast tego, z placu na górze, rozpościerał się widok na dolinę Alazani, której kres dawał dumny Kaukaz.  Byliśmy na wysokości ponad 700 m. n. p. m. i miasteczka w dolinie wyglądały jak malutkie skupiska klocków rozrzucone na zielonym dywanie. Staliśmy i podziwialiśmy krajobraz wyobrażając sobie, że tu mieszkamy i że jest on udziałem naszej codzienności. W głębi serca zazdrościliśmy mieszkańcom Sighnaghi tak pięknego położenia i tego, że mogą te cuda oglądać każdego dnia. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że my również staniemy się w niedalekiej przyszłości częścią tego miasta, a turyści, których spotkamy będą zazdrościć nam tego, czego my wtedy zazdrościliśmy tutejszym mieszkańcom.

 Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/

Cdn.