piątek, 7 września 2018

A życie ucieka bardzo szybko

Odszedł nasz przyjaciel Lado. Miał 64 lata. To zdecydowanie nie jest wiek na umieranie.
Jechałam do Dawid Garedży z naszymi gośćmi, kiedy zadzwonił telefon.
- Lado umiera- usłyszałam głos męża.
- Jeżeli to żart, to bardzo głupi- odpowiedziałam. Ale znam mego męża, on lubi żartować, ale nie w ten sposób.
- Nie, to nie żart. Jest pogotowie, trwa reanimacja- mówił zdenerwowany.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Zatrzymałam samochód, nie docierały do mnie te straszne słowa.
- Jeszcze rano, gdy byłem w sklepie po chleb, rozmawiałem z Lado. Nic nie wskazywało na to, że to będzie nasza ostatnia rozmowa- mówił Piotr.
- Zadzwonię później. Muszę gości dowieźć do klasztoru- powiedziałam.

Ruszyliśmy. W głowie kłębiło mi się milion myśli. Miałam cichą nadzieję, że go uratują, że gdy wrócę, to wszystko będzie po staremu.
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Piękne krajobrazy zdawały się razić oczy w sytuacji, kiedy gdzieś daleko ratują życie przyjacielowi.
Nasi goście jakby zrozumieli sytuację, która ich w żaden sposób nie dotyczyła. Dojechaliśmy do celu i poszli zwiedzać klasztor, a ja zadzwoniłam do męża.
- Nie żyje- powiedział.

Lado i jego żona Manana pomagali nam osiedlić się w Sighnaghi. To dobrzy i uczciwi ludzie. Przez te prawie cztery lata bardzo się zżyliśmy. Pomagaliśmy sobie nawzajem, wspieraliśmy się, razem śmialiśmy się i płakaliśmy. Jak w rodzinie.

W sobotę 8 września pożegnamy wspólnie naszego Lado i odprowadzimy na cmentarz. Na ten, który polecamy naszym gościom do odwiedzenia.



Świat dalej się kręci. Nic się nie zmieniło, oprócz tego, że już nie zobaczymy Lado, jak pali papierosa na swoim balkonie i macha do nas ręką.

Manana płacze, córka Nato i wnuczki Kato i Qeto również płaczą. Lado był dobrym mężem, ojcem i dziadkiem. Był dobrym przyjacielem, sąsiadem i człowiekiem. Do pogrzebu będzie w domu, otoczony rodziną i przyjaciółmi. Odwiedzany po raz ostatni przez sąsiadów. Takie chwile w Gruzji przeżywa się wspólnie z rodziną, przyjaciółmi i sąsiadami. Tu człowiek nigdy nie jest sam.

I dziwnie się czuję pisząc o nim w czasie przeszłym.
Przychodzi tylko refleksja, że ludzie się kłócą, walczą o stołki, pieniądze, sławę, a przychodzi jeden dzień, jedna minuta, kiedy los zabiera im to, o czym w trakcie tych walk nie myślą. Zabiera im życie. I choćby zgromadzili Bóg wie jaki majątek, to na nic się on zda w obliczu śmierci. Zostaje rodzina, łzy, żal i niedokończony posiłek.

Jedna sekunda sprowadza nas do pokory, do refleksji nad życiem.
Uśmiechajmy się, cieszmy się słońcem, niebem i wszystkim tym, co mamy, póki żyjemy. Dajmy też siebie innym już dzisiaj, bo jutra może nie być.


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Ciekawi ludzie, interesujące wydarzenia- Baba za kółkiem

Kupiliśmy "maszynu", znaczy się samochód po naszemu. Nic takiego, Toyota Raf4, staruszek, ale dobrze utrzymany, od osoby, którą znaliśmy.
No tak, ale co dalej?
Z rejestracją na mnie nie było żadnego problemu, piętnaście minut w urzędzie w Telavi i mam dowód rejestracyjny i nowe tablice.
Oczywiście zostałam poinformowana przez poprzedniego właściciela, co było wymienione, co trzeba zrobić i pojechałam do domu.
Sprawą "na już" była wymiana żarówki "stop", która nie świeciła, a przy okazji żarówkę oświetlającą tylną tablicę rejestracyjną też trzeba wymienić z tego samego powodu, a całe "ustrojstwo", na którym jest ona zamontowana wcisnąć na miejsce, bo "wylata".
Pojechałam zatem do Tsnori, do sklepu z takim towarem i pytam pana w sklepie o żarówki i ewentualnie kto mi pomoże je wymienić.
Pan lotem błyskawicy wybiegł ze sklepu, spojrzał na samochód, wbiegł z powrotem, złapał żarówki, krzyknął coś tam do drugiego i znowu wybiegł ze sklepu. Jak wyszłam za nim, on już był przy moim samochodzie i wymieniał żarówkę "stopu". Potem zmienił tę od tablicy rejestracyjnej, wcisnął plastikową oprawkę na miejsce i gotowe.
- Odpal samochód i włącz światła. Sprawdzimy czy świecą- powiedział.
Świeciły. Pan był dumny ze swojej pracy.
- Ile płacę?- zapytałam zadowolona.
- E tam, nic nie trzeba- powiedział z uśmiechem.
- Ale przecież żarówki nie są za darmo, a i twoja praca też- byłam zdumiona.
- Nie, nie, nic nie trzeba. Jedź szczęśliwie- uśmiech mu z twarzy nie znikał.
Wiem, że w Gruzji, jak ktoś mówi, że nie chce pieniędzy, to nie wciskamy mu ich na siłę. Odpuściłam, podziękowałam i odjechałam.
Po około dwóch miesiącach wyszłam rano do samochodu, a tu w jednym kole nie ma powietrza. Przyjechał znajomy z urządzeniem do pompowania i nadmuchał w te moje koło tyle ile było trzeba, abym dojechała do wulkanizatora.
No to w te pędy pojechałam.
Tam pan zdjął koło, znalazł przyczynę problemu, mały metalowy pręcik, zakleił co trzeba, napompował, przykręcił, resztę kół dopompował i mówi:
- Wsio. Możesz ujezżat.
- Ile się należy?- pytam.
- Pięć lari, ale jak nie masz, to jedź, to drobnostka- odpowiada.
Nie wiem, czy aż tak źle wyglądałam, że nie chciał pieniędzy za usługę, czy kolejny dobry Gruzin się trafił, ale wyjęłam kasę i zapłaciłam. W końcu, jak tak oni będą te swoje biznesy prowadzić, to nigdy nie wyjdą na swoje.
Koło trzyma do dzisiaj, a ja wczoraj w nocy odwoziłam naszych gości na lotnisko do Tbilisi. Ruszyliśmy o północy, z niewielkim zapasem czasowym, bo nigdy nic nie wiadomo, co się może zdarzyć.
Jakoś tak w połowie drogi zapaliła się żółta kontrolka oleju.
"No tylko tego mi brakowało. Muszę na lotnisko, nie mam czasu na jakieś awarie po drodze w środku nocy"- pomyślałam.
Kontrolka zgasła, ale moja czujność poszybowała w górę.
Po jakimś czasie znów zapaliła się i zgasła, a ponieważ miałam w samochodzie dwóch mężczyzn, to zapytałam, co oni o tym myślą.
- Żółta ostrzega, że będzie problem, pewnie jest mało oleju, ale jak zapali się czerwona, to koniec jazdy- zgodnie orzekli.
Głowa moja zaczęła pracować na najwyższych obrotach. Samochód, to małe piwo, ale ludzie muszą na czas być na lotnisku. Jedziemy na pierwszą stację benzynową i sprawdzimy olej, ewentualnie kupię i dolejemy.
Zajeżdżamy na jedną i lipa, tylko dystrybutor obecny. Na drugiej to samo. Dopiero 30 km przed Tbilisi jest większa stacja, na której widać jakiś ruch.
Podjeżdżam, pracownikowi mówię o problemie, pytam o możliwość kupienia oleju. Chłopaki w tym czasie podnieśli maskę, chwilę czekają i sprawdzają poziom oleju.
Ewidentnie jest minimalne minimum. Trzeba dolać, bo będzie źle. Ale skąd wziąć olej?
Pracownik stacji mówi, że sklep jest zamknięty. Na oknie wystawowym śmieją się do nas oleje różnych firm, a my stoimy, jak te kołki w środku nocy i myślimy.
- Mogę zadzwonić do pracownika sklepu- mówi ten od tankowania- przyjdzie, otworzy i sprzeda.
Czaicie motyw? Druga w nocy, a ten chce budzić kogoś, bo my musimy uzupełnić olej, bo ludzie muszą dotrzeć na czas na lotnisko.
Już miałam mówić "Dzwoń", kiedy podszedł do nas inny Gruzin i pyta w czym problem. Opowiedziałam całą historię, a on:
- Kto jest kierowcą?
- Ja- odpowiedziałam.
- Odpalaj i jedź za mną. Szybko.
Zapakowaliśmy się wszyscy do Toyotki i ruszyliśmy za Gruzinem. Jakieś 5 km przed Tbilisi wjechał w boczną drogę i zatrzymał się przy walącym się domu, z którego wyszedł zdziwiony dziadek. Zamienili kilka słów, kazali podnieść maskę, ani się obejrzałam, a dziadek już niósł butelkę oleju.
Cała akcja trwała może 5 min, zamknęli maskę i z uśmiechem życzyli nam szczęśliwej drogi.
- To może za olej zapłacę. Ile jestem winna?- zapytałam.
- No co ty? Nic nie trzeba. Jest nam miło, że mogliśmy pomóc. Jedźcie szczęśliwie.
Wszyscy byli bardzo zdumieni takim finałem sprawy. Na lotnisko dojechaliśmy już bez przygód. Potem bez problemu wróciłam do Sighnaghi. Kontrolka już się nie zapaliła.
Kiedy w domu opowiedziałam tę historię, mój mąż powiedział:
- Jak dobrze pójdzie, to ty za darmo wymienisz w samochodzie wszystko. W Gruzji to tylko kobietę za kierownicą posadzić i po problemie z problemami.
W tym kraju nigdy człowiek nie jest sam. Jeżeli pojawia się problem i o nim powiesz, to od tej chwili nie jest to już tylko twój problem. Gruzini wykonają setki telefonów i pomogą. Bezinteresownie. Już wiem, że nawet w środku nocy mogę liczyć na wsparcie. Taki to kraj, tacy ludzie.


Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/
oraz na forum 
Cdn.


piątek, 24 sierpnia 2018

Ciekawi ludzie, interesujące wydarzenia- Jean Luc

Wołali nas Polacy stojący przy bramie. Z nimi stał mężczyzna z opatrunkiem na czole.
- Co się stało?- zapytałam.
- To jest Jean Luc z Francji- przedstawili nam mężczyznę.- On podróżuje po Gruzji i szuka pokoju na nocleg. Czy macie coś wolnego?
- Mamy, ale tylko dwuosobowy- odpowiedziałam.- Jeżeli mu pasuje, to zapraszamy.

Jean Luc wyglądał na kogoś, kto potrzebuje pomocy. Spodnie od pidżamy w paski, dziwna, czerwona koszula, rozwichrzone włosy, opatrunek na czole i szczery uśmiech na twarzy.

Wynajął u nas pokój na dwa dni, zamówił śniadania i poszedł zwiedzać. Miał delikatnie bełkotliwą mowę i odrobinę chwiejny chód, ale było już późne popołudnie i pomyśleliśmy, że jest zmęczony.

- Już trzeci raz spotykamy go w Gruzji- powiedział chłopak, który go do nas przyprowadził.- Jean Luc podróżuje po Gruzji i kiedy był w Mestii, potknął się i upadł. Skończyło się rozciętym łukiem brwiowym i kilkoma szwami. W Sighnaghi nikt nie chciał mu wynająć pokoju, bo wygląda mizernie, więc przyprowadziliśmy go do was.
- I dobrze- odpowiedziałam- wydaje mi się być bardzo sympatycznym starszym panem.
- Taki jest. Fajnie, że w końcu ma nocleg- młodzi ludzie poszli do siebie.

Jean Luc to podróżnik. Do Gruzji przyjechał na trzy miesiące. Miał bardzo pogodne oczy i wciąż się szczerze uśmiechał. Kiedy wieczorem wrócił do domu, zapytałam go co robi we Francji, czym się zajmuje, czy ma rodzinę.
- Jestem nauczycielem pływania. Co roku mam długie wakacje i zawsze jadę gdzieś w świat. Omijam jednak kraje francuskojęzyczne.Mam żonę, syna, wnuki.
- A żona nie chce z tobą podróżować?- zapytałam.
Jean Luc uśmiechnął się i powiedział, że żona wyjeżdża z nim na krótkie podróże. Nie lubi włóczyć się długo po świecie. A on to uwielbia.
- Ja wiem, że ludzie dziwnie na mnie patrzą- uśmiechnął się Jean Luc.- Chodzę w spodniach od pidżamy, bo są wygodne na upały. Tę koszulę dostałem od plemienia w Tanzanii- pokazał palcem na czerwoną, długą bluzę.- Jest bawełniana, lekka i bardzo wygodna.
- Jean Luc, daj swoje rzeczy, to je teraz upierzemy i rano będą czyste i świeże- zaproponowałam.
- Nie, nie trzeba. Nie mam nic na zmianę, bo bagaż zostawiłem w Tbilisi.
- To może lampkę wina wypijesz?- zapytałam.
- Dziękuję. Nie piję alkoholu i nie palę papierosów- znowu się uśmiechnął.

Zastanawiał nas jego chwiejny chód i bełkotliwa mowa, ale dziwne było to, że rano mówił normalnie, problem ujawniał się dopiero wieczorem. Szczerze mówiąc na początku myśleliśmy, że to alkohol jest powodem, ale skoro Jean Luc nie pije, to alkohol odpadał. Może miał on jakiś problem ze zdrowiem, może przyjmował jakieś leki, które powodowały takie objawy. Nie wiemy.

Polubiliśmy go bardzo. To ciepły i miły podróżnik. Rano zjadał śniadanie i cały dzień chodził po okolicy. Wieczorami opowiadał o swoich podróżach. Dużo się uśmiechał.

Kolejny raz sprawdziło się powiedzenie- "Jak cię widzą, tak cię piszą".
Nikt nie chciał go przyjąć ze względu na wygląd. Nikt z sąsiadów nie wierzył, że Jean Luc nam zapłaci za nocleg i śniadania. A on okazał się miłym, uczciwym i dobrym człowiekiem z pasją podróżniczą.

To było trzy lata temu, a my tak często go wspominamy i ciepło o nim myślimy.
Ta sytuacja przypomniała nam to, aby nie sądzić nikogo po wyglądzie. Opakowanie może być marne, ale liczy się zawartość.

Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/
oraz na forum 
Cdn.

piątek, 17 sierpnia 2018

Ciekawi ludzie, interesujące wydarzenia- Bob i Tekila

Mieszkamy w Gruzji już czwarty rok. Nasz dom odwiedziło w tym czasie mnóstwo gości z całego świata. To zrozumiałe, że wielu twarzy nie pamiętamy, jednak byli tacy, którzy zapadli w naszej pamięci bardzo głęboko. O nich chcę napisać. O ludziach, których często wspominamy, z pewnością częściej niż pozostałych.

Trzy lata temu czekałam na marszrutkę z Tbilisi, którą mieli przyjechać goście z Polski. W międzyczasie przyjechała marszrutka z Tsnori i wysiadła z niej para turystów.

W ciągu sekundy zostali oni otoczeni przez kilku właścicieli hosteli. Żaden z nich jednak nie mówił po angielsku, a turyści próbowali o coś zapytać.

Podeszłam do nich i zapytałam po angielsku:

 - W czym mogę pomóc?

Kobieta wyraźnie odetchnęła, uśmiechnęła się i zapytała o możliwości noclegu. Zaproponowałam jej pokój u nas.

- Idziemy obejrzeć i zdecydujemy- odpowiedziała.- Z tobą chociaż można się porozumieć. Oni coś mówili, a jedna z kobiet łapała mnie za rękę. Jak dobrze, że do nas podeszłaś- uśmiechnęła się.

Tekila i Bob byli z Holandii. Przyjechali do Sighnaghi, ponieważ Bob jest smakoszem trunków wszelakich i Kachetia wydała im się dobrym miejscem na spędzenie kilku dni i degustację tutejszych win. Obydwoje byli już po sześćdziesiątce, ale widać było, że dusze mieli bardzo młode. 

Zatrzymali się u nas, zaplanowali dwie noce w Sighnaghi, potem chcieli jechać dalej.

Tekila sprawiała wrażenie bardzo ciepłej osoby, spokojnym, aksamitnym głosem opowiedziała o tym, jak żyją w Holandii, co robią, o swojej rodzinie, dzieciach, wnukach.
Bob lubił słuchać, sącząc wino lub brandy i od czasu do czasu coś opowiedział.

Okazało się, że gościmy autentyczne „dzieci kwiaty”, których dusze wciąż wracają z sentymentem do tamtych czasów, kiedy słuchali Janis Joplin czy Jimmiego Hendrixa, mieli kolorowe stroje, palili marihuanę i określali siebie jako „power flower”. Tekila zmieniła sobie wówczas nawet imię na obecne, bo miała jakieś takie, według niej, zbyt pospolite. Tekila to było imię, które wydawało jej się wtedy najbardziej stosowne do przekonań i stylu życia.

Dzisiaj są z Bobem dziadkami, kochają swoje wnuki, Tekila miała ze sobą szydełko i włóczkę i robiła najmłodszemu sweterek.

Mieszkają wciąż w niewielkiej komunie. Mają duży dom, w którym mieszka 16 osób. Każda rodzina ma swoją część prywatną, jednak kuchnię mają wspólną, jak i dwie łazienki.

- Tekila, czy w związku z tym nie macie kolejek do łazienki rano, kiedy szykujecie się do pracy? A kto sprząta, gotuje, kto dba o dom?- miałam mnóstwo pytań. Dla mnie było to zupełnie nowe doświadczenie.

- Mamy grafik na gotowanie, sprzątanie, zakupy. Remonty planujemy wspólnie i tak je wykonujemy. Kolejki do łazienki nie ma, ponieważ zaczynamy pracę o różnych godzinach, niektórzy pracują zdalnie, jak Bob- odpowiedziała.

- A ja najbardziej cieszę się z tego- powiedział Bob- że wypada mi gotować raz na dwa tygodnie.

Ustalili, że każdego dnia gotuje ktoś inny dla wszystkich, wspólne pomieszczenia sprzątają też według grafiku. Jeżeli komuś powiększa się rodzina lub potrzebuje dodatkowego pokoju, to wspólnie przystosowują takie pomieszczenie, ponieważ nie wykorzystują całego domu.

A wszystko zaczęło się na studiach. Bob przygotowywał obiad, ale miał jeszcze kilka prac do wykonania, trzeba było odkurzyć, wynieść śmieci, sprzątnąć łazienkę. Wpadł na pomysł, że ugotuje więcej, a kto będzie chciał zjeść z nim obiad, będzie musiał wykonać w zamian jedną z tych prac.

Pomysł wypalił i ten system zaczął całkiem nieźle funkcjonować wśród Boba przyjaciół. Potem przenieśli ten sposób na dorosłe życie i tak trwa to do dziś.

Samochody też zostawili tylko dwa dla wszystkich, bo tak jest ekonomicznie. Wyliczyli koszty amortyzacji i każdy, kto potrzebuje samochód, płaci do wspólnej kasy zależną od przejechanych kilometrów kwotę. Samochód zostawia zatankowany do pełna tak, aby następna osoba zatankowała tylko tyle ile zużyła.

Taki styl życia prowadzą od czasów, gdy byli studentami, czyli ponad 40 lat i nie wyobrażają sobie, aby mogło być inaczej. Są szczęśliwi, dużo podróżują, lubią spotykać ludzi, poznawać świat, rozmawiać.

Zostali u nas 5 dni, mimo iż planowali tylko 2. Mówili, że czują się u nas, jak u siebie. Bardzo lubili siedzieć w naszej kuchni, w której żywym rytmem tętniło życie turystyczne.

Każdego dnia witali się z nami uśmiechnięci i radośni. Wyraźnie cieszyli się z życia, umieli je smakować wspólnie. I wciąż byli w sobie zakochani. 

To była piękna para, którą wspominamy często i opowiadamy o nich z sentymentem. Może kiedyś do nas wrócą?


Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/
oraz na forum 
Cdn.


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Legenda o powstaniu Sighnaghi.

W dawnych czasach, kiedy przodkowie nasi nie zapuszczali brody, jedno z miast pogrążyło się w otchłani zła. Serca jego ludu stały się czarne jak bezgwiezdna noc, a ich okrucieństwa były tak wielkie, że wieść o nich dotarła do Pana i rozgniewała go. Wszechmocny wezwał jednego z aniołów o imieniu Sighnaghi i powiedział mu, aby zniszczył miasto wraz z mieszkańcami.

Anioł zstąpił do miasta, spojrzał na ludzi i zlitował się nad nimi, odmawiając
zniszczenia miasta. Zamiast tego poszedł cicho od domu do domu, zostawiając za drzwiami każdego część swego serca. Tak więc serca mieszkańców wypełniły się nieziemską miłością po brzegi, a dobry anioł Sighnaghi stawał się cieńszy i cieńszy, jak listek na wietrze, aż dotarł do ostatniego domu i zniknął, oddając ludziom całe swoje serce.

Pan zastanowił się: gdzie zniknął ten posłaniec, nie widział go już przez długi czas. Patrzył z nieba na miasto
i nie dostrzegał nigdzie śladu anioła. Przyjrz się uważniej i zobaczył, że serca ludzi tam żyjących stały się czyste i pełne skruchy za to, co wcześniej złego zrobili. Nie znalazł nawet ziarna zła. Bóg zdał sobie sprawę z tego, co się stało, przebaczył ludziom i ucieszył się. Przywrócił dobrego anioła Sighnaghi do życia, podziękował mu za dobrą pracę i poinstruował go, aby zachował w tym mieście na zawsze życzliwość i miłość.

Odtąd mówią,
że każdy, kto przychodzi do miasta miłości, otrzymuje od dobrego anioła kawałek jego serca. A jeśli odwiedzą go ludzie z całego świata, wszędzie zapanuje pokój i miłość.

Imieniem dobrodusznego anioła nazwano miasto i  od tamtej pory każdy, kto przyjeżdża do Sighnaghi, czuje w swym sercu radość i miłość.


Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/
oraz na forum 
 
Cdn.
 
 
 

sobota, 14 kwietnia 2018

Najczęściej spotykane problemy z noclegami w Gruzji.

Jak co roku, tak i teraz z początkiem sezonu turystycznego zaczynają się pojawiać problemy z noclegami. 
Problemu ze znalezieniem noclegu w Gruzji nie ma. Można przyjechać tu bez wcześniejszych rezerwacji i zazwyczaj nocleg się znajdzie.
Mogą jednak zaskoczyć Was w wielu miejscach noclegowych sytuacje, które mogą zepsuć Wasz pobyt w tym pięknym kraju.
 
Jak ich uniknąć lub zmniejszyć stres z nimi związany?

Na co najczęściej narzekają turyści odwiedzający Gruzję? 

Pierwszym problemem jest brak wolnych pokoi mimo wcześniejszej rezerwacji. Zmęczeni podróżą marzycie o ciepłym prysznicu, wygodnym łóżku, gorącej kawie czy herbacie, a tu niespodzianka. Wasz pokój jest zajęty. 
Co w tej sytuacji robić? Jeżeli rezerwowaliście przez booking lub podobną stronę, to możecie złożyć skargę, napisać o tym w opinii. Właściciel z pewnością poniesie konsekwencje. 
Większość właścicieli obiektów noclegowych stara się znaleźć swoim gościom nocleg o podobnym standardzie. To miłe z ich strony i często turysta jest usatysfakcjonowany. Bywa jednak, że proponowany nocleg znacznie odbiega standardem od tego, który rezerwowaliście, a kosztuje tyle samo. Negocjujcie cenę, jeżeli decydujecie się skorzystać z tej opcji. 
Dopilnujcie też, aby właściciel nie zaznaczył w Waszej rezerwacji, że nie pojawiliście się w obiekcie, bo wtedy Wy również poniesiecie konsekwencje.

Następnym problemem jest proponowanie pokoju o innym standardzie niż zamówiliście, bo np. jest wspólna łazienka, a nie prywatna, jak w opisie na bookingu, pokój nie ma okna, a zamieszczone zdjęcie przedstawia pokój z oknem, albo rezerwujecie pokój z dwoma łóżkami, a dostajecie z jednym podwójnym. 
W tych sytuacjach albo rezygnujecie i szukacie innego noclegu, z czym przeważnie problemu nie ma, albo negocjujecie cenę. 
Warto też sytuację opisać dla uwrażliwienia na takie fakty innych turystów, ale też i dla zmobilizowania gospodarza obiektu do większej uwagi i uczciwości.

Innym problemem, z którym stykają się turyści jest niemal cykliczny brak wody w większości kraju. W tej sytuacji gospodarz powinien o tym poinformować zanim weźmie od Was pieniądze za nocleg. Cena noclegu w takim obiekcie również powinna być odpowiednia do niedogodności.
 Większość obiektów posiada zbiorniki na wodę z pompą i takim wypadku tych przerw w dostawie wody turysta nawet nie zauważy. Zdarzy się jednak, że nastąpi przerwa w dostawie prądu i wówczas to już siła wyższa, gospodarz nie ma na to wpływu. Jednak przerwy w dostawie prądu zdarzają się w sezonie bardzo rzadko.
 Zasadniczo dobrze jest na wstępie zapytać, czy woda w obiekcie jest cały czas. Turysta tzw. budżetowy szuka tanich noclegów i często znajduje je w domach, gdzie nie ma zbiornika na wodę z pompą. 
W ubiegłym roku w Sighnaghi wodę w sieci mieliśmy 1,5 godziny rano i 1,5 godziny wieczorem. Wystarczyło na uzupełnienie zbiorników. 
W domu bez zbiornika, w którym nocowało kilkoro turystów, zdarzały się sytuacje, że nie wszyscy zdążyli wziąć prysznic. I wyobraźcie sobie teraz upał około 40 stopni i brak wody w kranie i spłuczce. Czasem lepiej dopłacić trochę więcej i mieć komfort.

Bywa też tak, że właściciel obiektu, w którym są regularne przerwy w dostawie wody proponuję niską cenę za nocleg. Należy jednak wówczas zapytać, czy skorzystanie z prysznica jest za darmo, ponieważ zdarza się, że trzeba dodatkowo za tę przyjemność zapłacić. W efekcie cena takiego noclegu nie będzie niższa od ceny za pokój z łazienką, gdzie nie ma przerw w dostawie wody i można korzystać z prysznica w upalne dni bez ograniczeń. 

Inne problemy dotyczą czystości w obiekcie, kapiących kranów, cieknących spłuczek. Obejrzyjcie miejsce, w którym chcecie nocować, sprawdźcie czy jest ciepła woda, czy kran po zakręceniu nie kapie, a spłuczka działa bez problemu. Zwróćcie uwagę na czystość łazienek i pościeli. 
Niech Wasz pobyt w Gruzji będzie przyjemny i komfortowy, w końcu po to wyjeżdża się na urlop czy wakacje.


Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/
oraz na forum 
 
 
 
Cdn.

piątek, 23 lutego 2018

Iljatsminda czyli Uljanovka- rosyjska wieś w środku gruzińskiej wsi

Pokażesz nam prawdziwą Gruzję?

To pytanie pada coraz częściej. Ludzie chcą się poczuć odkrywcami, chcą zobaczyć prawdziwe życie, bez kolorowanek, bez fajerwerków.
Ludzie chcą zobaczyć miejsca, które w żaden sposób nie zostały przygotowane dla turysty. Chcą pojechać tam, gdzie nikt się ich nie spodziewa, nikt nie będzie przy nich zmuszać się do uśmiechu, nikt niczego nie ubarwi.

Takich miejsc jest coraz mniej, ale jeszcze są. Czasem wystarczy zjechać z turystycznego szlaku, zostawić książkę- przewodnik w plecaku i skierować się w przeciwną stronę niż wszyscy.
Jadąc w ubiegłym roku do wsi Bodbe przejeżdżaliśmy przez wieś, która mnie bardzo zaintrygowała.
Czym?

We wsi tej większość domków była drewniana, z ładnie rzeźbionymi balkonami, oknami. Niestety ich stan wskazywał na to, że lata świetności już dawno za nimi. W większości nikt już nie mieszka, niszczeją, z daleka słychać chrupanie korników w drewnie. Było tu nawet Muzeum Przyjaźni Narodów, po którym została tylko tabliczka informacyjna. W budynku po muzeum są sklepy.

Muzeum Przyjaźni Narodów wsi Uljanovka


Wieś nazywa się Iljatsminda. To nazwa gruzińska. Kiedyś była to Uljanovka zamieszkała przez Rosjan.
Powstała na przełomie XVIII i XIX wieku, kiedy to car Mikołaj I przesiedlił do Gruzji członków prawosławnych sekt takich jak mołokanie i duchoborcy.
Powody przesiedlenia były prozaiczne. Pozbył się ich z Rosji, a jednocześnie zasiedlił Rosjanami okolice Kaukazu.



Ciekawostką jest to, że wieś powstała w środku gruzińskiej wsi Magaro i jadąc tam najpierw wjeżdżamy do Magaro, potem do Iljatsminda i po chwili znowu do Magaro.

Przesiedleńcy budowali domy na styl rosyjski i stąd ta inność, która mnie zaciekawiła.
Dzisiaj żyją tam już nieliczni potomkowie przesiedlonych Rosjan. Większość wyjechała pod koniec XX wieku. Stąd też tak dużo domów w opłakanym stanie. 

Spacerując po wsi zastanawiałam się, co by powiedziały te domy, gdyby umiały mówić? Jak żyli tu ludzie dwa wieki temu, czym się zajmowali, czy byli szczęśliwi?
Patrząc na opuszczone i niszczejące domy wyobrażałam sobie gromadki dzieci biegających na podwórkach, bo psy i koty wciąż jeszcze biegają.

Tu kiedyś były sklepy, teraz to ruina


Nie wiedziałam, o której będzie jechać marszrutka do Sighnaghi, więc postanowiłam iść w kierunku drogi do domu i ewentualnie jadącą marszrutkę zatrzymać. Jeżeli tylko mają miejsce, to wsiąść i wysiąść z marszutki można w każdym miejscu po drodze.

Daleko nie uszłam, bo po kilku minutach marszu zatrzymał się przy mnie samochód i kierowca po gruzińsku zapytał dokąd idę, czego bardziej się domyśliłam, niż zrozumiałam.
- Sighnaghi- powiedziałam.
Machnięciem ręki zaprosił mnie do samochodu. Mówił wyłącznie po gruzińsku, ale zrozumiałam, że jedzie do Tsnori, a Sighnaghi jest przecież po drodze.
I tak wróciłam do domu.


Serdecznie zapraszamy do Gruzji, do pięknej Kachetii, do klimatycznego Sighnaghi, do naszego Peter's Guest House, do kontaktu z nami:

 celina.wasilewska63@gmail.com 

nr tel.   +995 599 22 19 63  - polski, rosyjski, angielski (Polish, 
Russian, English)



Zapraszamy do polubienia nas na FB. Like us  https://www.facebook.com/peterguesthouse

I na naszą stronę http://www.petersguesthouse.pl/
oraz na forum
 
Cdn.